Nieoczekiwane dziecko, które zjednoczyło naszą rodzinę – historia Magdy z Radomia
Wszystko zaczęło się od krzyku. Pamiętam ten wieczór, jakby wydarzył się wczoraj – siedziałam z młodszym bratem, Kubą, w naszym małym pokoju na blokowisku w Radomiu, kiedy przez cienką ścianę usłyszałam głos taty: „To nie jest czas na kolejne dziecko! My ledwo wiążemy koniec z końcem!”
Mama odpowiedziała cicho, ale stanowczo: „Nie mogę tego zrobić, Andrzej. Nie potrafię.”
Miałam wtedy czternaście lat i byłam już przyzwyczajona do kłótni rodziców, ale tym razem czułam, że to coś poważniejszego. Kuba spojrzał na mnie z przerażeniem. Zawsze był wrażliwy i nie znosił, gdy tata podnosił głos. Przytuliłam go mocniej do siebie i wyszeptałam: „Wszystko będzie dobrze.” Sama nie wierzyłam w te słowa.
Następnego dnia mama była blada i miała podpuchnięte oczy. Tata wyszedł do pracy wcześniej niż zwykle, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż zadrżały szyby. W kuchni panowała cisza. Usiadłam naprzeciwko mamy i zapytałam:
– Mamo, co się dzieje?
Spojrzała na mnie długo, jakby ważyła każde słowo.
– Magda… będziesz miała rodzeństwo.
Zaniemówiłam. Przez chwilę nie wiedziałam, czy się cieszyć, czy płakać. W końcu zapytałam:
– Tata się nie cieszy?
Mama pokręciła głową.
– Boimy się, córeczko. Nie mamy pieniędzy. Tata… tata nie chce tego dziecka.
Wtedy poczułam się dorosła. Obiecałam sobie, że będę mamie pomagać bardziej niż kiedykolwiek.
W szkole nie mogłam się skupić. Koleżanki rozmawiały o TikToku i nowych butach z CCC, a ja myślałam tylko o tym, jak zmieni się nasze życie. Po lekcjach poszłam prosto do domu i zaczęłam sprzątać, gotować obiad dla Kuby i mamy. Wieczorem tata wrócił późno i od progu było czuć od niego alkohol.
– Znowu? – mruknęła mama pod nosem.
Tata rzucił torbę na podłogę i usiadł ciężko przy stole.
– Nie stać nas na trzecie dziecko! – wybuchł nagle. – Ty chyba zwariowałaś!
Mama zaczęła płakać. Ja zabrałam Kubę do pokoju i zamknęłam drzwi. Słyszeliśmy przez ścianę ich kłótnię do późna w nocy.
Następnego dnia przyszła babcia Halina – mama taty. Zawsze była surowa i miała swoje zdanie na każdy temat. Ledwo weszła do mieszkania, zaczęła narzekać:
– Co wy sobie myślicie? Przecież wy nawet na chleb czasem nie macie! A teraz kolejne dziecko? Andrzej ma rację!
Mama milczała. Widziałam, jak jej ręce drżą, gdy nalewała herbatę.
Po wyjściu babci przytuliłam mamę.
– Mamo… ja ci pomogę. Obiecuję.
Uśmiechnęła się przez łzy.
– Jesteś moim największym wsparciem, Magda.
Od tamtej pory wszystko było inne. Tata coraz częściej znikał z domu, wracał późno i unikał rozmów z nami. Mama pracowała w sklepie spożywczym na osiedlu – czasem po dwanaście godzin dziennie. Ja przejęłam większość obowiązków domowych: gotowałam, prałam, pomagałam Kubie w lekcjach.
Pewnego dnia wróciłam ze szkoły i zobaczyłam mamę siedzącą przy stole z listą wydatków.
– Nie damy rady… – szepnęła sama do siebie.
Usiadłam obok niej.
– Może pójdę do pracy po lekcjach? Roznoszenie ulotek albo coś…
Mama spojrzała na mnie przerażona.
– Nie możesz! Masz się uczyć!
Ale ja już wiedziałam swoje. Następnego dnia po lekcjach poszłam do osiedlowej piekarni i zapytałam o pracę. Dostałam zajęcie przy sprzątaniu po zamknięciu sklepu – kilka godzin tygodniowo za niewielkie pieniądze. Każda złotówka się liczyła.
Kuba coraz częściej pytał:
– Magda, dlaczego tata jest taki zły?
Nie umiałam mu odpowiedzieć. Sama tego nie rozumiałam.
W domu atmosfera była napięta jak struna. Mama coraz częściej płakała po nocach. Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę rodziców:
– Albo usuniesz ciążę, albo… – zaczął tata.
– Albo co? – przerwała mu mama drżącym głosem.
– Albo odchodzę!
Zapadła cisza tak gęsta, że aż bolało mnie serce.
Kilka dni później tata naprawdę się wyprowadził. Spakował walizkę i wyszedł bez słowa pożegnania. Mama siedziała na kanapie i patrzyła w pustkę.
Babcia Halina przyszła następnego dnia i zaczęła krzyczeć na mamę:
– To twoja wina! Zrujnowałaś mojemu synowi życie!
Nie wytrzymałam.
– Babciu! To nie mama jest winna! Tata powinien być z nami!
Babcia spojrzała na mnie z pogardą i wyszła trzaskając drzwiami.
Zostałyśmy same – ja, Kuba i mama w zaawansowanej ciąży. Było ciężko jak nigdy dotąd. Mama miała problemy zdrowotne, musiała leżeć przez kilka tygodni w szpitalu. Wtedy opiekowałam się Kubą sama – gotowałam mu obiady z resztek makaronu i konserw, odrabiałam z nim lekcje i starałam się być dla niego matką i siostrą jednocześnie.
Pewnej nocy zadzwonił telefon. To był tata.
– Magda… jak mama?
– W szpitalu. Jest jej ciężko.
Przez chwilę milczał.
– Przyjadę jutro.
Nie wierzyłam mu. Ale następnego dnia rzeczywiście przyszedł do szpitala. Zobaczył mamę słabą, wychudzoną i… coś w nim pękło. Usiadł przy jej łóżku i pierwszy raz od miesięcy złapał ją za rękę.
– Przepraszam… – wyszeptał cicho.
Mama rozpłakała się jak dziecko.
Od tego dnia tata zaczął się zmieniać. Przychodził codziennie do szpitala, przynosił mamie ulubione drożdżówki z serem z tej samej piekarni, w której pracowałam po lekcjach. Zaczął rozmawiać z Kubą o piłce nożnej i nawet ze mną o szkole.
Kiedy mama wróciła do domu przed samym porodem, tata został z nami na noc pierwszy raz od miesięcy. Pomagał mi gotować rosół i sprzątać mieszkanie przed przyjazdem nowego członka rodziny.
Wreszcie nadszedł dzień porodu. Mama pojechała do szpitala z tatą – ja zostałam z Kubą w domu i całą noc nie zmrużyliśmy oka ze zdenerwowania. Nad ranem zadzwonił telefon:
– Magda! Mamy siostrzyczkę! – krzyczał tata przez łzy szczęścia.
Kuba skakał po łóżku jak szalony.
Kilka dni później całą rodziną odebraliśmy mamę i małą Zosię ze szpitala. Tata trzymał ją na rękach jak największy skarb świata. Babcia Halina przyszła z kwiatami i łzami w oczach przepraszała mamę za wszystko:
– Byłam głupia… Zosia jest cudowna…
Od tamtej pory wszystko zaczęło się układać. Tata znalazł dodatkową pracę jako kierowca autobusu miejskiego, mama wróciła do sklepu na pół etatu, a ja mogłam skupić się na nauce bez wyrzutów sumienia. Kuba zakochał się w siostrze od pierwszego wejrzenia – codziennie śpiewał jej kołysanki wymyślone na poczekaniu.
Dziś wiem jedno: to właśnie Zosia uratowała naszą rodzinę przed rozpadem. Gdyby nie ona – może każdy poszedłby swoją drogą?
Czasem zastanawiam się: ile rodzin mogło ocaleć dzięki temu najmniejszemu człowiekowi? Czy Wy też macie takie doświadczenia? Podzielcie się swoją historią…