„Podpisz wszystko na mnie! Dlaczego jej uwierzyłaś? Ona cię oszukuje!” – Moja walka o dom, córkę i własną godność po zdradzie męża
– Podpisz wszystko na mnie! – krzyknął Marek, trzaskając drzwiami sypialni. Stałam w kuchni z dokumentami w ręku, a serce waliło mi jak młot. Właśnie wróciłam z pracy, kiedy zobaczyłam na stole te papiery. „Przekazanie własności domu” – przeczytałam nagłówek i poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg.
– Dlaczego mam to robić? – zapytałam cicho, choć głos mi drżał. – Przecież to nasz dom, nasza córka tu dorasta…
Marek spojrzał na mnie z pogardą, jakby już dawno podjął decyzję. – Bo tak będzie lepiej. Nie komplikuj. Zaufaj mi, Aniu.
Ale ja już nie ufałam. Nie po tym, jak dwa tygodnie wcześniej dowiedziałam się, że Marek ma romans z koleżanką z pracy. Z Ewą. Tą samą, którą przedstawiał mi jako „tylko znajomą”. Kiedy zobaczyłam ich razem na parkingu pod galerią handlową, świat mi się zawalił.
Od tamtej pory wszystko było inne. Marek wracał późno, unikał rozmów, a ja czułam się jak cień we własnym domu. Nasza córka, Zosia, miała dopiero siedem lat i nie rozumiała, dlaczego tata już jej nie przytula na dobranoc.
Najgorsze przyszło kilka dni później. Teściowa zadzwoniła do mnie wieczorem.
– Aniu, musisz być rozsądna. Marek wie, co robi. Ty nie masz pracy na etacie, dom powinien być na niego – powiedziała zimnym tonem.
– Pani Halino, przecież ja tu mieszkam z Zosią…
– Ale to mój syn płaci kredyt! Ty tylko siedzisz w domu i zajmujesz się dzieckiem. Nie rób problemów.
Poczułam się jak intruz we własnym życiu. Przez lata słyszałam od Marka i jego matki, że jestem „za miękka”, „za bardzo się przejmuję”. Teraz miałam oddać wszystko bez walki?
W nocy nie mogłam spać. Wpatrywałam się w sufit i myślałam o tym, jak bardzo się zmieniłam przez te lata. Kiedyś byłam pewna siebie, miałam plany i marzenia. Teraz bałam się każdego dnia.
Rano zadzwoniła do mnie Magda, moja przyjaciółka jeszcze z liceum.
– Anka, nie możesz tego podpisać! – powiedziała stanowczo. – To jest twój dom! Masz prawo do połowy wszystkiego.
– Ale on mówi, że jeśli nie podpiszę, zabierze mi Zosię…
– To szantaż! Idź do prawnika. Nie jesteś sama.
Zebrałam się w sobie i poszłam do kancelarii adwokackiej na ulicy Sienkiewicza. Mecenas Nowak wysłuchała mnie uważnie.
– Pani Anno, proszę niczego nie podpisywać bez konsultacji ze mną. Ma pani prawa jako żona i matka. Proszę się nie bać.
Wróciłam do domu z nową nadzieją, ale Marek czekał już na mnie w kuchni.
– I co? Dalej będziesz robić sceny? – rzucił z ironią.
– Byłam u prawnika – odpowiedziałam spokojnie. – Nie podpiszę tych papierów.
Wtedy zobaczyłam w jego oczach coś nowego – strach i wściekłość.
– Wiedziałem! Magda ci nagadała! Ona zawsze była przeciwko mnie!
– To nie Magda. To ty mnie zdradziłeś i próbujesz mnie oszukać!
Marek wyszedł trzaskając drzwiami tak mocno, że Zosia zaczęła płakać w swoim pokoju.
Przez kolejne tygodnie atmosfera w domu była nie do zniesienia. Marek coraz częściej nocował poza domem, a teściowa dzwoniła codziennie z pretensjami.
– Aniu, pomyśl o dziecku! Po co jej taki dom bez ojca?
Czułam się coraz bardziej osaczona. Zaczęły się groźby: „Zabiorę ci Zosię”, „Zostaniesz z niczym”. Każdego dnia walczyłam ze łzami i strachem.
Pewnego wieczoru usiadłam z Zosią na kanapie.
– Mamusiu, dlaczego tata krzyczy?
– Tata jest teraz bardzo smutny i zagubiony – odpowiedziałam najdelikatniej jak umiałam. – Ale ja zawsze będę przy tobie.
Wtedy postanowiłam walczyć nie tylko o dom, ale przede wszystkim o siebie i o córkę.
Rozpoczęła się batalia sądowa. Marek próbował wszystkiego: oczerniał mnie przed rodziną i znajomymi, sugerował że jestem „niestabilna emocjonalnie”. Teściowa rozpowiadała plotki po całej dzielnicy.
W sądzie musiałam opowiadać o naszej intymności, o zdradzie, o tym jak Marek znikał na całe noce. Było mi wstyd i czułam się upokorzona.
Ale miałam wsparcie Magdy i kilku sąsiadek, które widziały Marka z Ewą i zeznawały na moją korzyść.
Najtrudniejsze były rozmowy z Zosią. Bała się, że straci dom i mamę.
– Mamusiu, czy będziemy musiały się wyprowadzić?
– Nie pozwolę na to – obiecałam jej każdego wieczoru.
Po kilku miesiącach sąd przyznał mi prawo do opieki nad córką i połowę majątku. Marek musiał się wyprowadzić. Teściowa przestała dzwonić.
Zostałyśmy z Zosią same w naszym domu. Było cicho… aż za cicho. Czasem budziłam się w nocy z lękiem: czy dam radę? Czy to wszystko miało sens?
Ale kiedy patrzyłam na Zosię śpiącą spokojnie obok mnie, wiedziałam jedno: warto było walczyć.
Dziś odbudowuję siebie kawałek po kawałku. Uczę się ufać sobie i wierzyć w swoją siłę. Czasem myślę: ile kobiet w Polsce przechodzi przez podobne piekło? Ile z nas boi się zawalczyć o siebie?
Czy naprawdę musimy wybierać między domem a godnością? Czy każda zdrada musi oznaczać koniec wszystkiego? Może to właśnie początek nowego życia…