Udawaliśmy, że nie ma nas w domu – kiedy bycie dziadkami staje się ciężarem, a nie radością
— Tato, wiem, że jesteście w domu! — głos Marty niósł się przez drzwi jak ostrze. Siedzieliśmy z Zosią w ciemności, z wyłączonym światłem, skuleni na kanapie. Serca waliły nam jak młoty. Nawet pies, zwykle szczekający na każdy szelest, tym razem zrozumiał powagę sytuacji i leżał cicho pod stołem.
Nie wiem, kiedy dokładnie zaczęliśmy się bać własnej córki. Może wtedy, gdy po raz pierwszy zostawiła u nas dzieci „na chwilę”, a wróciła po północy. Może wtedy, gdy zrozumieliśmy, że nasze życie podporządkowaliśmy jej życiu – jej pracy, jej randkom, jej zmęczeniu. A może wtedy, gdy zaczęliśmy się kłócić o to, kto tym razem pójdzie na plac zabaw z wnukami.
— Może powinniśmy otworzyć… — Zosia szepnęła drżącym głosem.
— Nie — odpowiedziałem stanowczo, choć sam nie wierzyłem w swoje słowa. — Dziś nie dam rady. Po prostu nie dam rady.
Za drzwiami rozległo się kolejne pukanie. Tym razem bardziej natarczywe. Słyszałem głosy dzieci: „Babciu! Dziadku! Otwórzcie!”
Zamknąłem oczy i poczułem łzy napływające do powiek. Przypomniałem sobie czasy, kiedy marzyliśmy z Zosią o wnukach. Jak czekaliśmy na pierwsze urodziny Maćka, jak piekliśmy tort dla Hani. Ale to było dawno temu. Teraz każdy dzień z wnukami był jak kolejny obowiązek do odhaczenia na liście.
Marta była jedynaczką. Zawsze była oczkiem w głowie – i naszym błędem wychowawczym. Nigdy nie nauczyliśmy jej mówić „dziękuję” ani „proszę”. Kiedyś myślałem, że to miłość bezwarunkowa. Dziś wiem, że to była ślepa miłość.
— Oni wiedzą, że tu jesteśmy — Zosia ścisnęła moją dłoń. — Co będzie jutro?
— Nie wiem — odpowiedziałem szczerze. — Ale dziś muszę odpocząć. Choćby przez godzinę.
W końcu pukanie ucichło. Usłyszeliśmy kroki oddalające się po klatce schodowej. Siedzieliśmy jeszcze długo w ciszy, bojąc się nawet oddychać głośniej.
Wieczorem telefon zadzwonił. To była Marta.
— Tato, co się dzieje? Dlaczego nie otwieracie? Przecież wiecie, że muszę iść do pracy! — jej głos był pełen pretensji.
— Marto… — zacząłem niepewnie. — Jesteśmy zmęczeni. Potrzebujemy trochę czasu dla siebie.
— Zawsze byliście dla mnie! Teraz nagle nie możecie? Co ja mam zrobić z dziećmi?!
— Może czas pomyśleć o innych rozwiązaniach…
— O innych rozwiązaniach?! — przerwała mi ostro. — Chcesz mi powiedzieć, że nie mogę już na was liczyć? Po tylu latach?
Nie odpowiedziałem. Słyszałem tylko jej ciężki oddech i cichy płacz Hani w tle.
Po rozmowie długo siedzieliśmy z Zosią w milczeniu. W końcu ona powiedziała:
— Może rzeczywiście jesteśmy samolubni?
— A może po prostu już nie mamy siły? — odpowiedziałem.
Następnego dnia Marta przysłała SMS-a: „Nie martwcie się, poradzę sobie.” Ale wiedziałem, że to nie koniec. W pracy przez cały dzień myślałem tylko o tym, co się wydarzyło. Czy naprawdę jestem złym ojcem i dziadkiem? Czy mam prawo odmówić własnej córce?
Wieczorem przyszła sąsiadka, pani Helena.
— Panie Stefanie, wszystko w porządku? Marta była dziś u mnie z dziećmi. Wyglądała na bardzo zdenerwowaną.
Opowiedziałem jej wszystko. Słuchała uważnie, a potem powiedziała:
— Panie Stefanie, każdy ma swoje granice. Ja też kiedyś musiałam powiedzieć „dość”. To nie jest egoizm – to troska o siebie.
Te słowa dały mi trochę otuchy. Ale kiedy wróciłem do domu i zobaczyłem zdjęcia wnuków na komodzie, poczułem ukłucie żalu.
Kilka dni później Marta przyszła sama.
— Tato… Przepraszam za tamten wieczór — powiedziała cicho. — Nie rozumiem waszego zmęczenia, bo sama jestem zmęczona… Ale chyba musimy coś zmienić.
Usiedliśmy razem przy stole. Rozmawialiśmy długo – o tym, jak bardzo ją kochamy, ale też jak bardzo potrzebujemy czasu dla siebie. O tym, że nie jesteśmy już młodzi i że nasze zdrowie nie pozwala nam być „na każde zawołanie”.
Marta płakała. Ja też płakałem. Zosia trzymała nas za ręce.
Od tamtej pory wszystko się zmieniło – powoli i z trudem. Marta znalazła opiekunkę do dzieci na kilka dni w tygodniu. My nauczyliśmy się mówić „nie”, choć za każdym razem boli to tak samo mocno.
Czasem patrzę na zdjęcia wnuków i zastanawiam się: czy naprawdę można być dobrym dziadkiem i jednocześnie dbać o siebie? Czy egoizm jest zawsze czymś złym? A może czasem trzeba mieć odwagę pomyśleć o sobie – nawet jeśli serce pęka z żalu?