Codziennie gotuję dla Piotra: Kiedy to będzie wystarczające?

— Znowu odgrzewane? — Piotr spojrzał na mnie z wyraźnym rozczarowaniem, kiedy postawiłam przed nim talerz z wczorajszą zupą pomidorową. — Przecież wiesz, że nie lubię odgrzewanych rzeczy.

Zacisnęłam dłonie na ściereczce. W środku aż się gotowałam. Przez chwilę miałam ochotę wykrzyczeć mu prosto w twarz, że nie jestem jego kucharką, że też pracuję, że też jestem zmęczona. Ale tylko westchnęłam i odwróciłam się do zlewu.

— Przepraszam, po prostu nie zdążyłam dzisiaj nic ugotować — powiedziałam cicho, próbując ukryć drżenie głosu.

Piotr tylko wzruszył ramionami i zaczął jeść z miną męczennika. Słyszałam, jak łyżka uderza o talerz, każde stuknięcie wbijało się we mnie jak szpilka. W głowie kłębiły mi się myśli: „Czy naprawdę tak trudno docenić to, co robię? Czy kiedykolwiek będzie wystarczająco dobrze?”

Wyszłam do łazienki, zamknęłam drzwi i oparłam się o zimne kafelki. Spojrzałam w lustro na swoje zmęczone oczy. „Zuzanna, co ty robisz ze swoim życiem?” — zapytałam siebie w myślach. Przecież kiedyś miałam marzenia. Chciałam podróżować, pisać książki, może nawet otworzyć własną kawiarnię. Teraz moim największym osiągnięciem jest to, że Piotr nie narzeka na obiad.

Pamiętam początki naszego związku. Był taki czuły, taki troskliwy. Gotowałam dla niego z radością — wtedy wydawało mi się to naturalne, chciałam go rozpieszczać. Ale z czasem to przestało być gestem miłości, a stało się obowiązkiem. Piotr nigdy nie zaproponował, że sam coś ugotuje. Nawet nie zapytał, czy mi pomóc. Po prostu oczekiwał.

— Mamo, mogę dostać kanapkę? — usłyszałam głos naszej córki, Oliwii, zza drzwi łazienki.

Otarłam łzy i wyszłam do kuchni. Uśmiechnęłam się do niej blado.

— Jasne, kochanie. Zaraz ci zrobię.

Oliwia spojrzała na mnie uważnie.

— Mamo, czemu jesteś smutna?

Zamarłam na chwilę. Dzieci widzą więcej niż nam się wydaje.

— Nic się nie dzieje, skarbie. Po prostu jestem trochę zmęczona.

Przygotowałam jej kanapkę i patrzyłam, jak je przy stole obok Piotra. On nawet nie podniósł wzroku znad telefonu. W tej chwili poczułam się przezroczysta.

Wieczorem leżałam w łóżku i nie mogłam zasnąć. Piotr chrapał obok mnie spokojnie, jakby nic się nie stało. A ja przewracałam się z boku na bok, analizując każdy szczegół dnia. Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy powinnam była wcześniej wrócić z pracy? Może powinnam była wstać jeszcze wcześniej rano?

Następnego dnia obudził mnie dźwięk budzika o 5:30. Wstałam po cichu, żeby nie obudzić reszty domu. W kuchni zapaliłam światło i zaczęłam przygotowywać śniadanie: jajecznica z pomidorami dla Piotra, kanapki dla Oliwii do szkoły. Kroiłam warzywa mechanicznie, myśląc tylko o tym, żeby wszystko było idealne.

Kiedy Piotr wszedł do kuchni, nawet nie powiedział „dzień dobry”. Usiadł przy stole i zaczął przeglądać wiadomości na telefonie.

— Śniadanie gotowe — powiedziałam cicho.

— Dzięki — mruknął bez entuzjazmu.

Patrzyłam na niego i czułam narastającą frustrację. Chciałam krzyknąć: „Czy ty w ogóle widzisz, ile dla ciebie robię?” Ale zamiast tego tylko nalałam sobie kawy i usiadłam naprzeciwko niego.

W pracy byłam rozkojarzona. Koleżanka z biura, Ania, zauważyła moje zamyślenie.

— Zuzka, wszystko w porządku?

Pokręciłam głową.

— Mam po prostu ciężki czas w domu — przyznałam niechętnie.

Ania spojrzała na mnie ze współczuciem.

— Może powinnaś pogadać z Piotrem? Albo zrobić coś dla siebie?

Westchnęłam ciężko.

— On tego nie zrozumie. Dla niego wszystko jest oczywiste.

Po pracy znów bieg do domu, szybkie zakupy w Biedronce: mięso na obiad, świeże warzywa, pieczywo. W domu szybkie przebranie i od razu do kuchni. Gotowałam schabowe z ziemniakami i surówką — Piotr lubił tradycyjne obiady.

Kiedy wrócił z pracy, nawet nie zajrzał do kuchni.

— Długo jeszcze? — zapytał z przedpokoju.

— Jeszcze pięć minut — odpowiedziałam zmęczonym głosem.

Usiadł przed telewizorem i zaczął oglądać wiadomości. Ja kończyłam smażyć kotlety i czułam narastającą gulę w gardle.

Podczas kolacji próbowałam zacząć rozmowę.

— Piotrze… czy mógłbyś czasem pomóc mi w kuchni? Albo chociaż zrobić sobie śniadanie?

Spojrzał na mnie zdziwiony.

— Przecież ty zawsze gotujesz lepiej ode mnie. Po co mam ci przeszkadzać?

Poczułam się tak, jakby ktoś mnie spoliczkował.

— Ale ja też jestem zmęczona… — zaczęłam niepewnie.

— Zuzanna, przesadzasz. Każda żona gotuje dla męża. Tak było u mojej mamy i tak jest u nas — uciął temat i wrócił do jedzenia.

Nie wytrzymałam. Wstałam od stołu i wyszłam na balkon. Potrzebowałam powietrza. Drżały mi ręce ze złości i bezsilności.

Wieczorem zadzwoniła mama.

— Zuziu, jak tam u was?

Chciałam powiedzieć jej wszystko: jak bardzo jestem zmęczona, jak bardzo czuję się niedoceniona. Ale wiedziałam, co usłyszę: „Taka rola kobiety”, „Trzeba dbać o rodzinę”…

Więc tylko odpowiedziałam:

— Wszystko dobrze, mamo.

Położyłam się spać z ciężarem na sercu. Przez całą noc przewracałam się z boku na bok.

Następnego dnia sytuacja się powtórzyła: śniadanie, praca, zakupy, gotowanie obiadu… Czułam się jak trybik w maszynie, która nigdy się nie zatrzymuje.

W weekend postanowiłam zrobić coś inaczej. Zamiast gotować obiad od rana, zabrałam Oliwię do kina. Kiedy wróciłyśmy do domu po południu, Piotr siedział naburmuszony przy stole.

— Gdzie byłaś? Jestem głodny!

Spojrzałam na niego spokojnie.

— Byłyśmy z Oliwią w kinie. Jeśli jesteś głodny, możesz sobie coś przygotować.

Piotr patrzył na mnie przez chwilę z niedowierzaniem.

— Co ty sobie wyobrażasz? Że będziesz mnie głodzić?

Oliwia schowała się za moimi plecami przestraszona.

Wzięłam głęboki oddech.

— Piotrze, jestem zmęczona tym wszystkim. Chcę też mieć czas dla siebie i dla córki. Nie mogę być twoją kucharką przez całe życie!

Przez chwilę panowała cisza tak gęsta, że można ją było kroić nożem.

Piotr wstał od stołu bez słowa i wyszedł do sypialni trzaskając drzwiami.

Oliwia spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.

— Mamo… czy wszystko będzie dobrze?

Przytuliłam ją mocno.

— Tak, kochanie. Musi być dobrze — odpowiedziałam bardziej sobie niż jej.

Tamtego wieczoru długo rozmawiałam z Oliwią o tym, że każdy ma prawo do odpoczynku i własnych marzeń. Że mama też jest człowiekiem i czasem potrzebuje wsparcia.

Od tego dnia zaczęłam stopniowo zmieniać swoje życie. Nie gotowałam codziennie świeżych obiadów — czasem były kanapki albo zamawialiśmy pizzę. Piotr był niezadowolony, ale powoli zaczynał rozumieć, że świat nie kręci się tylko wokół niego.

Zaczęłam chodzić na jogę raz w tygodniu i spotykać się z Anią na kawie po pracy. Czułam się coraz silniejsza i pewniejsza siebie.

Nie wiem jeszcze, dokąd zaprowadzi mnie ta droga. Może kiedyś Piotr naprawdę doceni to, co robię — a może będziemy musieli podjąć trudniejsze decyzje jako rodzina.

Ale dziś wiem jedno: moje życie należy także do mnie i mam prawo być szczęśliwa.

Czy naprawdę musimy poświęcać siebie dla innych bez końca? Czy miłość polega tylko na spełnianiu cudzych oczekiwań? Jak wy radzicie sobie z podobnymi sytuacjami?