Między młotem a kowadłem: Jak niesprawiedliwość w rodzinie rozrywa moje serce

– Znowu ona? – wyszeptałam przez zaciśnięte zęby, patrząc na telefon, który po raz trzeci tego dnia wyświetlił imię „Barbara”. Mój mąż, Tomek, siedział przy stole, próbując rozwiązać zadanie matematyczne z naszym synem, Kubą. W kuchni pachniało zupą ogórkową, którą gotowałam na szybko po pracy. Telefon dzwonił uparcie, jakby chciał mi przypomnieć, że nigdy nie będę wystarczająco dobra dla tej rodziny.

– Odbierz, Aga – powiedział Tomek cicho, nie podnosząc wzroku. – Może coś się stało.

Wzięłam głęboki oddech i odebrałam. – Słucham, mamo?

– Agnieszko, czy mogłabyś dziś wieczorem przyjechać do nas? Ania źle się czuje i trzeba jej pomóc z dziećmi. Ty przecież masz tylko jedno dziecko, a ona aż trójkę. Tomek może zostać z Kubą.

Zacisnęłam pięść tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. Znowu Ania. Zawsze Ania. Moja szwagierka, złote dziecko Barbary. Ta, która dostała mieszkanie od teściów, samochód na ślub i wsparcie finansowe przy każdym kryzysie. Ja? Ja miałam być samodzielna. „Wy sobie poradzicie, wy jesteście silni” – powtarzała Barbara od lat.

– Dziś nie mogę, mamo – odpowiedziałam drżącym głosem. – Mam dużo pracy i Kuba jest przeziębiony.

– No trudno… – usłyszałam chłodny ton. – Ania zawsze może na mnie liczyć.

Rozłączyłam się i poczułam łzy napływające do oczu. Tomek spojrzał na mnie ze smutkiem.

– Znowu to samo? – zapytał cicho.

– Tak. Wiesz co? Czasem mam wrażenie, że dla twojej mamy nie istniejemy. Liczy się tylko Ania i jej dzieci.

Tomek westchnął ciężko. – Próbowałem z nią rozmawiać, Aga. Ale ona uważa, że Ania ma trudniej. Że my jesteśmy „ogarnięci”.

– A kto nam pomagał, kiedy Kuba miał zapalenie płuc? Kto nam pożyczył pieniądze na remont? – wyrzuciłam z siebie. – Nikt! Wszystko sami!

W tej chwili Kuba zaczął kaszleć w pokoju obok. Pobiegłam do niego, otuliłam kocem i podałam syrop. Patrzyłam na jego bladą buzię i czułam narastającą złość pomieszaną z bezsilnością.

Wieczorem usiadłam przy stole z Tomkiem. W milczeniu jedliśmy kolację, aż w końcu nie wytrzymałam.

– Tomek, ja tak dłużej nie mogę. Czuję się jak powietrze. Twoja mama traktuje mnie jak służącą dla Ani albo jak kogoś gorszego. A ty… ty zawsze milczysz.

Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.

– Aga, to moja matka. Nie chcę się z nią kłócić. Wiem, że to boli… Ale co mam zrobić?

– Powiedz jej prawdę! Że nas też boli! Że Kuba to jej wnuk tak samo jak dzieci Ani! Że ja też jestem członkiem tej rodziny!

Tomek spuścił głowę. – Spróbuję jeszcze raz…

Następnego dnia zadzwoniła Ania.

– Cześć Aga! Mama mówiła, że nie mogłaś wczoraj pomóc… Szkoda, bo dzieciaki były nie do ogarnięcia. Ale wiesz co? Mama mówiła, że ty zawsze jesteś taka zajęta sobą… Może powinnaś być bardziej rodzinna?

Zatkało mnie. – Aniu, ja też mam swoje życie i problemy.

– No tak… Ale mama mówiła…

Rozłączyłam się bez słowa. Poczułam się jak intruz we własnej rodzinie.

Kolejne tygodnie przyniosły tylko więcej frustracji. Barbara coraz częściej dzwoniła do Tomka z prośbami o pomoc dla Ani: zakupy, naprawa kranu, opieka nad dziećmi. Kiedy raz poprosiłam ją o pomoc przy Kubie, odpowiedziała: „Ależ Agnieszko, przecież ty sobie świetnie radzisz!”

W końcu przyszedł dzień urodzin Barbary. Pojechaliśmy całą rodziną do teściów. W salonie już czekała Ania z mężem i dziećmi. Barbara rzuciła się Ani na szyję: „Moja kochana córeczka!” Mnie przywitała chłodnym uściskiem dłoni.

Przez cały wieczór słuchałam opowieści o sukcesach dzieci Ani, o tym jak Ania jest zmęczona i jak bardzo jej współczują wszyscy w rodzinie. Kiedy próbowałam opowiedzieć o Kubie i jego sukcesach w szkole, Barbara zmieniła temat.

W pewnym momencie nie wytrzymałam.

– Mamo – powiedziałam głośno – czy mogę coś powiedzieć?

Barbara spojrzała na mnie zaskoczona.

– Oczywiście.

– Chciałam tylko powiedzieć, że Kuba też jest twoim wnukiem. I my też czasem potrzebujemy wsparcia. Czasem czuję się tu obca…

Zapadła cisza. Ania przewróciła oczami.

– Oj Aga, nie przesadzaj… – zaczęła.

Ale Tomek wstał i powiedział stanowczo:

– Mama, Aga ma rację. My też jesteśmy rodziną i chcielibyśmy czasem poczuć się ważni.

Barbara spojrzała na nas z niedowierzaniem.

– Przecież zawsze możecie na mnie liczyć…

– Naprawdę? – zapytałam cicho.

Wróciliśmy do domu w milczeniu. W nocy długo nie mogłam zasnąć. Czy dobrze zrobiłam? Czy nie zniszczyłam resztek rodzinnego spokoju?

Od tamtej pory Barbara rzadziej dzwoniła. Czułam ulgę i żal jednocześnie. Tomek był bardziej obecny w domu, częściej rozmawialiśmy o tym, co nas boli.

Czasem patrzę na Kubę i zastanawiam się: czy kiedyś poczuje się częścią tej rodziny? Czy ja kiedykolwiek poczuję się wystarczająco dobra?

Może czasem trzeba zawalczyć o siebie nawet kosztem pozornego spokoju? Czy Wy też byliście kiedyś między młotem a kowadłem w swojej rodzinie?