Pokonani przez wolność: historia pewnej fiolki
Wszystko zaczęło się od jednego wieczoru, który miał być zwyczajny, a stał się początkiem końca. Wpadłem do Pawła – mojego przyjaciela jeszcze z czasów liceum – żeby pomóc mu z rowerem. W powietrzu czuć było zapach smaru, a w kuchni leżały resztki pizzy z wczoraj. Paweł był po rozwodzie, ja też. Obaj śmialiśmy się, że teraz jesteśmy „wolni jak ptaki”, choć w środku czuliśmy raczej pustkę niż euforię.
Ale tej nocy wydarzyło się coś, co zmieniło wszystko. Poszedłem umyć ręce i wtedy ją zobaczyłem: małą, szklaną fiolkę perfum, różową, kobiecą, zostawioną na półce obok jego starej maszynki do golenia. Zamarłem. To był znak – pierwszy symptom inwazji.
– Paweł! – krzyknąłem z łazienki, głos miałem ostry jak brzytwa. – Co to jest?
Wszedł, spojrzał na mnie i wzruszył ramionami.
– A, to Magdy. Zostawiła po ostatnim weekendzie.
– Magdy? – powtórzyłem, jakby to imię miało moc wywołania trzęsienia ziemi.
– No… poznałem ją na imprezie u Tomka. Wiesz, ta blondynka z kancelarii. Czasem zostaje na noc.
Poczułem ukłucie zazdrości i… strachu. Bo wiedziałem, co będzie dalej. Najpierw fiolka perfum, potem szczoteczka do zębów, potem pół szafy. Tak zaczyna się koniec męskiej wolności.
Nie powiedziałem nic. Wróciłem do kuchni i zacząłem bezmyślnie kręcić śrubokrętem w dłoni. Paweł patrzył na mnie z lekkim uśmiechem.
– Co jest, Bartek? Przecież sam mówiłeś, że trzeba iść dalej.
– Tak… Ale nie tak szybko – mruknąłem.
Przez kolejne tygodnie obserwowałem tę powolną inwazję. Magda pojawiała się coraz częściej. Najpierw zostawiła balsam do ciała, potem szlafrok, potem zaczęła przestawiać rzeczy w kuchni. Pewnego dnia znalazłem jej kubek z napisem „Najlepsza dziewczyna na świecie” stojący obok naszego starego kufla z logo Legii Warszawa.
Zaczęły się zmiany. Paweł przestał wychodzić ze mną na rowerowe wypady po Kampinosie. Zamiast tego gotował z Magdą risotto i oglądał seriale na Netfliksie. Nasze rozmowy stawały się coraz rzadsze i coraz bardziej powierzchowne.
W końcu przyszedł dzień, kiedy zadzwoniłem do niego wieczorem:
– Idziemy jutro na piwo?
– Nie dam rady, Bartek. Magda ma urodziny siostry, muszę być.
Poczułem się zdradzony. Jakby ktoś ukradł mi brata.
W domu też nie było lepiej. Moja matka dzwoniła codziennie:
– Bartku, kiedy w końcu sobie kogoś znajdziesz? Ile można żyć samemu?
– Mamo, daj spokój…
– Wszyscy już mają rodziny! Nawet twój kuzyn Krzysiek się ożenił!
– Krzysiek mieszka z teściową i płacze po nocach – odburknąłem.
Ale ona nie słuchała. Dla niej byłem porażką – trzydziestopięcioletni facet bez żony i dzieci.
W pracy też nie było łatwo. Koledzy z biura śmiali się:
– Bartek, ty to masz dobrze! Wolność! Możesz robić co chcesz!
A ja wiedziałem, że to tylko pozory. Wieczorami wracałem do pustego mieszkania na Ursynowie i patrzyłem na ściany pomalowane jeszcze przez moją byłą żonę.
Pewnego dnia Paweł zadzwonił:
– Bartek, wpadaj jutro na kolację. Magda chce cię poznać.
Nie chciałem iść, ale poszedłem. Siedzieliśmy przy stole, a Magda opowiadała o swojej pracy w sądzie rejonowym i o tym, jak bardzo kocha podróże. Paweł patrzył na nią jak zaczarowany.
Po kolacji poszedłem do łazienki i zobaczyłem już dwie szczoteczki do zębów i całą półkę jej kosmetyków. Westchnąłem ciężko.
Wróciłem do kuchni i rzuciłem:
– No to już po tobie.
Paweł się zaśmiał:
– Może właśnie teraz zaczynam żyć?
Nie odpowiedziałem. Wróciłem do domu i długo nie mogłem zasnąć.
Kilka tygodni później zadzwoniła moja siostra Anka:
– Bartek, mama jest chora. Powinieneś ją odwiedzić.
Pojechałem do rodzinnego domu w Radomiu. Matka leżała w łóżku i patrzyła na mnie smutnym wzrokiem.
– Synku… Ja tylko chcę, żebyś był szczęśliwy.
Poczułem gulę w gardle.
– Mamo… Ja też tego chcę.
Ale nie wiedziałem już, co to znaczy szczęście.
Wróciłem do Warszawy i postanowiłem coś zmienić. Zacząłem chodzić na randki z aplikacji. Poznałem Martynę – nauczycielkę angielskiego z Grochowa. Była zabawna, inteligentna i miała cudowny uśmiech. Po kilku spotkaniach zapytała:
– Mogę zostawić u ciebie szczotkę do włosów?
Zamarłem. Przypomniała mi się fiolka perfum Magdy u Pawła.
Ale powiedziałem:
– Jasne…
I tak zaczęło się od nowa. Najpierw szczotka, potem krem do rąk, potem jej bluza na moim krześle.
Pewnego dnia Martyna przestawiła moje książki na półce:
– Tu będzie lepiej wyglądało – powiedziała z uśmiechem.
Poczułem irytację:
– Ale ja lubię po swojemu!
Zrobiła smutną minę:
– Przepraszam… Nie chciałam ci przeszkadzać.
Zrozumiałem wtedy coś ważnego: może nie chodzi o to, żeby bronić swojej wolności za wszelką cenę? Może bliskość zawsze oznacza kompromis?
Minęły miesiące. Paweł oświadczył się Magdzie. Ja zamieszkałem z Martyną. Nasze życie nie było już takie samo – pełne spontanicznych wyjść i nocnych rozmów o wszystkim i niczym. Były kłótnie o pranie, o zakupy, o to kto wynosi śmieci.
Ale były też wspólne śniadania w niedzielny poranek i ciche wieczory przy filmie.
Czasem tęsknię za tamtą wolnością – za samotnymi spacerami po mieście nocą i za ciszą własnych myśli. Ale wiem też, że ta wolność była tylko iluzją – przykrywką dla lęku przed bliskością i odpowiedzialnością za drugiego człowieka.
Dziś patrzę na fiolkę perfum Martyny stojącą obok mojej pianki do golenia i uśmiecham się pod nosem.
Może właśnie na tym polega dorosłość? Na pogodzeniu się z tym, że prawdziwa wolność to umiejętność dzielenia życia z kimś innym?
A wy? Za czym tęsknicie bardziej: za wolnością czy za bliskością? Czy można mieć jedno i drugie?