Nieproszony gość za ścianą: Jak sąsiedzkie granice mogą się rozmyć
— Mamo, mogę iść do Kuby? — zapytał Staś, już w butach, z błagalnym spojrzeniem.
Westchnęłam, patrząc przez okno na szare podwórko między blokami. Był listopad, deszcz bębnił o parapet, a ja czułam się jak w pułapce własnego mieszkania na trzecim piętrze. Od kiedy Staś zaprzyjaźnił się z Kubą z drugiego piętra, nasze życie nabrało nowego rytmu — i nowych problemów.
— Idź, ale wróć przed obiadem — odpowiedziałam, próbując ukryć niepokój. Odkąd Kuba pojawił się w naszym życiu, coraz częściej czułam, że coś jest nie tak. Jego mama, pani Agnieszka, była osobą, której nie potrafiłam rozgryźć. Z jednej strony uprzejma, z drugiej — zawsze czegoś chciała.
Pierwsze spotkania były niewinne. Chłopcy bawili się razem na placu zabaw, a my wymieniałyśmy uprzejmości. Potem zaczęły się prośby: „Czy mogłaby pani odebrać Kubę ze szkoły?”, „Czy Staś może dziś u nas zjeść obiad?”, „Może pożyczy pani trochę cukru?”. Z początku nie widziałam w tym nic złego — przecież sąsiedzi powinni sobie pomagać. Ale z czasem te przysługi stały się codziennością.
Pewnego dnia wróciłam z pracy wcześniej niż zwykle. Weszłam do mieszkania i usłyszałam śmiech chłopców dobiegający zza ściany. Chciałam odpocząć, ale po chwili zadzwonił domofon.
— Dzień dobry, to Agnieszka. Czy mogłaby pani na chwilę zejść? Mam problem z pralką.
Zeszłam na dół, choć miałam ochotę po prostu zamknąć drzwi i udawać, że mnie nie ma. W mieszkaniu Agnieszki panował chaos — wszędzie zabawki, sterty prania, zapach smażonej cebuli. Pralka rzeczywiście nie działała.
— Może pani spojrzy? Ja się na tym kompletnie nie znam — powiedziała z uśmiechem.
Zaczęłam grzebać przy panelu sterowania, choć sama nie byłam ekspertem. W końcu udało mi się uruchomić program.
— Jest pani niesamowita! — wykrzyknęła Agnieszka. — Wie pani co? Może zostawię chłopców u pani na godzinę? Muszę pilnie wyskoczyć do urzędu.
Nie zdążyłam zaprotestować. Zanim się obejrzałam, byłam sama z dwójką dzieci i stertą ich klocków na dywanie.
Z czasem takie sytuacje powtarzały się coraz częściej. Agnieszka potrafiła zadzwonić o ósmej rano w sobotę:
— Przepraszam, że tak wcześnie, ale czy Staś mógłby przyjść do Kuby? Muszę coś załatwić.
Albo wieczorem:
— Czy mogłaby pani pożyczyć mi 50 złotych? Oddam jutro.
Zaczęłam czuć się wykorzystywana. Mój mąż Michał próbował mnie uspokoić:
— Może ona naprawdę nie ma nikogo do pomocy? Może warto być wyrozumiałym?
Ale ja czułam coraz większy dyskomfort. Zaczęłam unikać Agnieszki na klatce schodowej. Staś coraz częściej wracał smutny z zabaw u Kuby.
— Co się stało? — pytałam.
— Kuba mówi, że jak nie będę mu dawał swoich zabawek, to już się ze mną nie będzie bawił — odpowiedział cicho Staś.
Serce mi się ścisnęło. Czy to możliwe, że ich przyjaźń jest tylko wygodna dla Kuby? Czy Agnieszka nauczyła go tego samego podejścia do ludzi?
Pewnego popołudnia usłyszałam kłótnię na klatce schodowej. Wyszłam zobaczyć, co się dzieje. Staś płakał, a Kuba krzyczał:
— Nie chcę już się z tobą bawić! Twoja mama jest głupia!
Agnieszka stała obok i patrzyła na mnie z wyższością.
— Może powinna pani bardziej pilnować syna — rzuciła lodowato.
Poczułam wstyd i gniew jednocześnie. Zabrałam Stasia do domu i zamknęłam drzwi.
Wieczorem długo rozmawialiśmy z Michałem.
— Nie chcę, żeby Staś był wykorzystywany — powiedziałam stanowczo. — Musimy postawić granice.
Następnego dnia spotkałam Agnieszkę na schodach.
— Chciałam porozmawiać — zaczęłam niepewnie. — Ostatnio mam wrażenie, że nasze relacje trochę się pogubiły. Chciałabym, żebyśmy jasno ustaliły zasady dotyczące dzieci i wzajemnej pomocy.
Agnieszka spojrzała na mnie chłodno.
— Myślałam, że sąsiedzi sobie pomagają — powiedziała z wyrzutem.
— Pomagają, ale to musi działać w obie strony i z poszanowaniem granic — odpowiedziałam spokojnie.
Od tamtej pory nasze kontakty stały się chłodne. Staś i Kuba widują się rzadziej. Czasem słyszę przez ścianę ich śmiech, ale już nie czuję tej presji i niepokoju.
Często zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam. Czy powinnam była być bardziej asertywna od początku? A może to ja jestem zbyt zamknięta na ludzi?
Czy naprawdę można być dobrym sąsiadem i jednocześnie chronić własną rodzinę przed przekraczaniem granic? Co wy byście zrobili na moim miejscu?