Niewidzialna Babcia: Cena Mojego Oddania

— Mamo, nie możesz tak ciągle się wtrącać! — głos mojej córki, Agnieszki, odbił się echem po kuchni. Stałam przy zlewie, myjąc naczynia po obiedzie, który przygotowałam dla całej rodziny. Wnuki już dawno uciekły do swoich pokoi, a ja zostałam sama z jej wyrzutami.

Nie odpowiedziałam od razu. Woda lała się bez końca, a ja patrzyłam na swoje ręce — pomarszczone, spracowane, z drobnymi bliznami po latach gotowania, sprzątania i opieki. Czy naprawdę się wtrącam? Czy to źle, że martwię się o własne wnuki?

Agnieszka westchnęła ciężko. — Mamo, ja wiem, że chcesz dobrze. Ale oni są już duzi. Pozwól im żyć po swojemu.

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Przez chwilę chciałam jej powiedzieć, jak bardzo boli mnie to odsunięcie na bok, jak bardzo tęsknię za czasami, gdy byłam dla nich wszystkim. Ale słowa ugrzęzły mi w gardle.

Kiedyś było inaczej. Gdy Agnieszka została sama z dwójką dzieci po odejściu męża, to ja byłam tą, która wstawała o świcie, szykowała śniadania, odprowadzała wnuki do przedszkola. To ja tuliłam je do snu, gdy płakały po nocach. Byłam ich opoką — i dla nich, i dla niej.

Pamiętam pierwszy dzień szkoły Bartka. Trzymał mnie za rękę tak mocno, że aż zdrętwiała mi dłoń. — Babciu, nie zostawiaj mnie — szeptał. Nie zostawiłam. Byłam przy nim zawsze: na przedstawieniach, na wywiadówkach, nawet wtedy, gdy miał gorączkę i Agnieszka musiała zostać dłużej w pracy.

Teraz Bartek ma siedemnaście lat i ledwo mówi mi „dzień dobry”. Zosia zamyka się w swoim pokoju i rozmawia tylko przez telefon z koleżankami. A Agnieszka… Ona coraz częściej patrzy na mnie jak na ciężar.

— Mamo, może powinnaś pomyśleć o sobie? — powiedziała kiedyś podczas kolacji. — Może jakieś zajęcia dla seniorów? Klub? Wyjazd?

Zabolało mnie to bardziej niż chciałam przyznać. Czy naprawdę jestem już tylko przeszkodą? Przez lata nie miałam czasu na siebie. Wszystko podporządkowałam rodzinie. Nawet kiedy mój mąż zmarł nagle na zawał, nie pozwoliłam sobie na żałobę — musiałam być silna dla wszystkich.

Czasem w nocy budzę się i słyszę ciszę domu. Przypominam sobie śmiech wnuków, ich pierwsze słowa, rysunki przyklejone na lodówce. Teraz lodówka jest pusta — nie ma już kolorowych kartek ani laurek z napisem „Kocham Cię Babciu”.

Ostatnio próbowałam porozmawiać z Bartkiem. Siedział przy komputerze, w słuchawkach na uszach.

— Bartku…

— Co? — nawet nie spojrzał w moją stronę.

— Może poszedłbyś ze mną na spacer? Dawno razem nie byliśmy…

Westchnął głośno i przewrócił oczami. — Babciu, mam ważne rzeczy do zrobienia.

Wyszłam z jego pokoju ze ściśniętym sercem. Czy naprawdę stałam się niewidzialna?

Czasem myślę o swojej mamie. Była surowa i wymagająca, ale zawsze powtarzała: „Rodzina jest najważniejsza”. Ja też tak wierzyłam. Ale czy rodzina pamięta o tych, którzy ją budowali?

Kilka dni temu usłyszałam przypadkiem rozmowę Agnieszki przez telefon:

— Mama już nie daje rady… Chyba trzeba będzie pomyśleć o jakiejś opiekunce albo domu spokojnej starości…

Zamarłam. Dom spokojnej starości? Ja? Przecież jeszcze niedawno byłam tu wszystkim! Czy naprawdę jestem już tylko problemem?

Wieczorem zebrałam się na odwagę i zapytałam:

— Agnieszko… Czy ty naprawdę myślisz o tym, żeby mnie oddać do domu opieki?

Spojrzała na mnie zaskoczona i chyba trochę zawstydzona.

— Mamo… Ja tylko się martwię. Wiem, że jesteś zmęczona…

— Nie jestem zmęczona rodziną — przerwałam jej drżącym głosem. — Jestem zmęczona tym, że już mnie nie widzicie.

Zapadła cisza. Widziałam łzy w jej oczach — może pierwszy raz od lat zobaczyła we mnie człowieka, a nie tylko babcię od obowiązków.

Od tamtej rozmowy minęło kilka dni. Nic się nie zmieniło. Dzieci żyją swoim życiem, Agnieszka wraca późno z pracy. Ja siedzę przy oknie i patrzę na świat za szybą.

Czasem myślę: czy warto było poświęcić wszystko dla innych? Czy miłość naprawdę wraca do nas wtedy, kiedy najbardziej jej potrzebujemy?

Może ktoś z Was zna ten ból samotności wśród najbliższych? Czy naprawdę musimy być niewidzialni dla tych, których kochaliśmy najmocniej?