Między obowiązkiem a żalem: Moja walka o godność mamy i własne życie

Drzwi do łazienki były zamknięte już ponad pół godziny, a ja czułam, jak narasta we mnie panika. – Mamo! – wołałam, stukając coraz mocniej. – Mamo, odezwij się! – W końcu usłyszałam cichy jęk. Wbiegłam do środka i zobaczyłam ją skuloną na zimnych kafelkach. To był ten moment, kiedy zrozumiałam, że już nigdy nie będę tylko córką. Od tej chwili stałam się opiekunką, pielęgniarką, czasem nawet strażniczką własnej matki.

Mam na imię Kinga. Mam 44 lata, dwójkę dzieci i męża, który coraz częściej patrzy na mnie z wyrzutem. Moja mama, Helena, ma 78 lat i od dwóch lat choruje na Alzheimera. Ojciec zmarł dawno temu – zostałyśmy same. Mój brat, Paweł, mieszka w Gdańsku i widuje mamę raz na kilka miesięcy. Kiedy dzwonię do niego z płaczem, słyszę tylko: „Kingusia, przecież wiesz, że mam pracę, dzieciaki… Ty jesteś bliżej”.

To „bliżej” stało się moim przekleństwem. Każdy dzień zaczynam od sprawdzenia, czy mama żyje. Potem śniadanie – owsianka, którą wypluwa na stół, bo „smakuje jak karton”. Potem leki – połowa ląduje pod poduszką. Pranie, sprzątanie, pilnowanie, żeby nie wyszła na klatkę schodową w samej koszuli nocnej. Czasem krzyczy na mnie: „Nie jesteś moją matką! Nie będziesz mi rozkazywać!”. Innym razem tuli się jak dziecko i pyta: „Kiedy wróci twój tata?”.

Mój mąż, Tomek, coraz częściej zamyka się w swoim świecie. – Kinga, ile jeszcze to potrwa? – pyta wieczorami. – Przecież mamy własne życie…
– To moja mama – odpowiadam automatycznie.
– Ale ja też jestem twoją rodziną! Dzieci cię nie widzą! – krzyczy.

Czasem mam ochotę wyjść i nie wrócić. Ale potem widzę mamę, jak siedzi przy oknie i gładzi zdjęcie taty. I czuję taki żal…

Najgorsze są weekendy. Wtedy Paweł dzwoni przez Skype’a i rozmawia z mamą przez pięć minut. Ona myli go z sąsiadem z dzieciństwa. Po rozmowie Paweł pisze do mnie: „Może powinnaś pomyśleć o domu opieki?”.

Dom opieki… W Polsce to temat tabu. Mama całe życie powtarzała: „Tylko nie oddajcie mnie do domu starców!”. A teraz ja mam być tą złą córką?

Pewnego dnia przyszła do mnie sąsiadka, pani Zofia.
– Kinga, ty tak nie możesz dłużej… Sama się wykończysz.
– A co mam zrobić? – zapytałam bezradnie.
– Może chociaż opiekunka na kilka godzin? Albo żeby brat przyjechał na zmianę?
Zaśmiałam się gorzko.
– Paweł? On nawet nie wie, gdzie mama trzyma leki.

Wieczorem usiadłam z Tomkiem przy stole.
– Tomek… Ja już nie daję rady.
– To powiedz Pawłowi, że teraz jego kolej.
– On nie przyjedzie. On zawsze miał wymówki.
– A ty zawsze wszystko bierzesz na siebie! – wybuchł. – Zobacz na dzieci! Zosia zamknęła się w pokoju, Kuba przestał się uczyć! Myślisz tylko o mamie!

Zalałam się łzami. Bo wiedziałam, że ma rację. Ale jak zostawić mamę samą?

Kilka dni później mama przewróciła się w kuchni. Znowu pogotowie. Lekarz spojrzał na mnie współczująco.
– Pani Kingo… Może czas pomyśleć o profesjonalnej opiece? Pani też jest człowiekiem.

Wróciłyśmy do domu w milczeniu. Mama całą noc płakała przez sen. Ja siedziałam na podłodze pod drzwiami jej pokoju i czułam się jak najgorszy człowiek na świecie.

Następnego dnia zadzwoniłam do Pawła.
– Paweł… Ja już nie mogę sama…
– Kinga, przecież mówiłem…
– Nie! Teraz ty posiedzisz z mamą przez tydzień. Muszę odpocząć.
– Ale ja mam pracę!
– Ja też miałam! Teraz już nie mam!

Po raz pierwszy w życiu rozłączyłam się bez pożegnania.

Przez tydzień Paweł był u mamy. Po dwóch dniach zadzwonił z płaczem:
– Kinga… Jak ty to wytrzymujesz?
– Nie wiem – odpowiedziałam szczerze.

Kiedy wróciłam po tygodniu do domu mamy, zobaczyłam Pawła wychudzonego i roztrzęsionego.
– Przepraszam cię… Nigdy nie myślałem, że to takie trudne.

Od tego czasu zaczął przyjeżdżać częściej. Ale konflikty nie ustały. Kiedy zaproponowałam dom opieki, Paweł się oburzył:
– Chcesz ją oddać obcym ludziom?
– A ty chcesz patrzeć, jak umieram razem z nią?

Mama coraz częściej zapominała moje imię. Czasem mówiła do mnie „mamo”, czasem „pani”. Raz znalazłam ją na klatce schodowej w samych kapciach – szukała taty.

Dzieci zaczęły mieć problemy w szkole. Zosia zamknęła się w sobie, Kuba zaczął wagarować. Tomek coraz częściej spał na kanapie.

Pewnego wieczoru usiedliśmy wszyscy razem przy stole.
– Mamo – zaczęła Zosia cicho – czy babcia musi tu mieszkać?
Zrobiło mi się zimno.
– Ona nie ma nikogo poza nami…
– Ale my już cię prawie nie widzimy…

Wtedy zrozumiałam: opieka nad rodzicem to nie tylko poświęcenie własnego życia. To także ryzyko utraty siebie i swojej rodziny.

Zdecydowałam się na opiekunkę na kilka godzin dziennie. Mama była niezadowolona:
– Obca baba będzie mi grzebać w rzeczach?!
Ale po tygodniu zaczęła lubić panią Anię. Ja mogłam wrócić do pracy na pół etatu i poświęcić więcej czasu dzieciom.

Paweł zaczął przyjeżdżać co dwa tygodnie na weekendy. Czasem kłócimy się o drobiazgi: kto kupi leki, kto zapłaci za rehabilitację.

Ale najgorsze są wyrzuty sumienia. Czy robię wystarczająco dużo? Czy jestem dobrą córką? Czy mama czuje się kochana?

Czasem siadam wieczorem przy jej łóżku i słucham tych samych historii o jej młodości w Białymstoku, o pierwszej pracy w mleczarni, o tym jak poznała tatę na potańcówce w remizie.

Patrzę na nią i widzę kobietę silną kiedyś jak dąb – teraz kruchą jak gałązka.

Czy można wybaczyć rodzicom dawne błędy? Mama była surowa, wymagająca, czasem niesprawiedliwa. Ale teraz jest bezbronna jak dziecko.

Czasem pytam siebie: czy gdyby to ja była chora, moje dzieci by mnie tak kochały? Czy one mi wybaczą moje błędy?

Opieka nad starzejącym się rodzicem to codzienna walka z własnym sumieniem i bezsilnością. To pytanie bez odpowiedzi: gdzie kończy się obowiązek dziecka, a zaczyna prawo do własnego życia?

A wy? Jak radzicie sobie z tym ciężarem? Czy można być dobrym dzieckiem i jednocześnie nie zatracić siebie?