„Moje dzieci chcą oddać mnie do domu opieki i sprzedać mój dom”: Jak zostałam babcią, myślałam, że wszystko się ułoży, ale moje dzieci mają inne plany

— Mamo, musimy poważnie porozmawiać — powiedziała moja córka Marta, patrząc na mnie z chłodnym spokojem, którego nigdy wcześniej u niej nie widziałam. Siedzieliśmy przy moim starym, dębowym stole w kuchni, a ja czułam, jak serce wali mi w piersi. Obok niej siedział jej brat, Tomek, z założonymi rękami i wzrokiem wbitym w podłogę.

Nie tak wyobrażałam sobie starość. Przez lata walczyłam z niepłodnością. Każda kolejna nieudana próba była jak cios w serce. Mark, mój mąż, trzymał mnie za rękę podczas każdej wizyty u lekarza, powtarzając: „Jeszcze się uda, Marysiu”. Kiedy w końcu zaszłam w ciążę, płakaliśmy oboje ze szczęścia. A kiedy okazało się, że to bliźnięta — Marta i Tomek — nasza radość była nie do opisania. Ale wtedy też wiedziałam, że odpowiedzialność będzie podwójna. Mark pracował na dwie zmiany w fabryce, a ja dorabiałam szyciem, żebyśmy mogli zapewnić dzieciom wszystko, co najlepsze.

Nie było łatwo. Często nie spałam po nocach — raz z powodu płaczu dzieci, innym razem ze strachu o przyszłość. Gdy dzieci dorosły, Mark zachorował na raka. Przez dwa lata walczyliśmy razem, aż w końcu zostałam sama. Dzieci były już wtedy na studiach — Marta w Warszawie na medycynie, Tomek na politechnice w Gdańsku. Byłam z nich dumna, choć czułam się coraz bardziej samotna.

Kiedy Marta urodziła swoją pierwszą córkę, Zosię, miałam nadzieję, że teraz wszystko się zmieni. Że będę mogła być babcią na pełen etat — piec ciasta, odbierać wnuczkę z przedszkola, opowiadać bajki na dobranoc. Ale Marta mieszkała daleko i rzadko przyjeżdżała. Tomek też założył rodzinę i wyprowadził się do Poznania. Zostali mi tylko sąsiedzi i wspomnienia.

Ostatnio coraz częściej łapałam się na tym, że zapominam o drobiazgach — gdzie położyłam klucze, czy zamknęłam drzwi na noc. Raz nawet zostawiłam garnek na gazie i przypaliłam zupę. Sąsiadka Basia zaczęła mi pomagać — robiła zakupy, czasem przynosiła obiad. Ale dzieci zaczęły się martwić.

— Mamo, nie możesz już mieszkać sama — powiedziała Marta podczas tej rozmowy przy kuchennym stole. — Boimy się o ciebie. Co jeśli coś ci się stanie?

— Przecież Basia mi pomaga — próbowałam się bronić. — Dajcie mi jeszcze trochę czasu.

Tomek spojrzał na mnie z wyrzutem:
— Mamo, to nie jest rozwiązanie. Dom jest za duży dla jednej osoby. Myśleliśmy z Martą… że może lepiej byłoby, gdybyś zamieszkała w domu opieki. Tam będziesz miała opiekę przez całą dobę.

Poczułam się tak, jakby ktoś wyciągnął mi ziemię spod nóg. Dom opieki? Ja? W moim własnym domu, który budowaliśmy z Markiem cegła po cegle? W którym każdy kąt pachnie wspomnieniami?

— A co z domem? — zapytałam cicho.

Marta spojrzała na Tomka.
— Myśleliśmy… żeby go sprzedać. Podzielimy pieniądze między siebie i zapewnimy ci najlepszą opiekę.

W tej chwili poczułam się zdradzona przez własne dzieci. Przez lata poświęcałam im wszystko — nie kupowałam sobie nowych ubrań, żeby oni mogli mieć książki do szkoły; pracowałam po nocach, żeby mogli wyjechać na kolonie; rezygnowałam z własnych marzeń dla ich szczęścia.

— Czy wy naprawdę myślicie, że jestem już tylko ciężarem? — zapytałam drżącym głosem.

Marta spuściła wzrok.
— Mamo… my tylko chcemy twojego bezpieczeństwa.

Ale ja wiedziałam swoje. Chcieli mieć święty spokój i pieniądze ze sprzedaży domu.

Przez kolejne dni chodziłam jak cień po pustych pokojach. Każdy przedmiot przypominał mi o przeszłości: zdjęcia dzieci na komodzie, stara maszyna do szycia po mamie… Nawet zapach kawy rano wydawał się inny — bardziej gorzki.

Basia próbowała mnie pocieszać:
— Marysiu, może oni naprawdę się martwią? Może nie rozumieją, jak bardzo ten dom jest dla ciebie ważny?

Ale ja czułam tylko żal i rozczarowanie. Czy naprawdę wychowałam dzieci na ludzi bez serca? Czy może to ja jestem winna — bo nauczyłam ich myśleć przede wszystkim o wygodzie?

Kilka dni później Marta zadzwoniła:
— Mamo, znalazłam bardzo ładny dom opieki pod Warszawą. Mają tam ogród i dużo zajęć dla seniorów…

Nie odpowiedziałam od razu. W głowie miałam tylko jedno pytanie: czy to już koniec mojego życia tutaj? Czy naprawdę jestem gotowa zostawić wszystko?

Wieczorem usiadłam przy stole i napisałam list do dzieci:
„Kochani,
Wiem, że martwicie się o mnie. Ale ten dom to całe moje życie. Nie jestem jeszcze gotowa go opuścić. Proszę was tylko o jedno: odwiedzajcie mnie częściej. Potrzebuję was bardziej niż najlepszej opieki.”

Nie wiem, co zrobią dalej. Może uznają mnie za upartą staruszkę. Może spróbują mnie przekonać jeszcze raz.

Ale czy naprawdę dom opieki to jedyne rozwiązanie? Czy starość musi oznaczać samotność i utratę wszystkiego, co kochamy? Czasem zastanawiam się: gdzie popełniłam błąd jako matka? I czy jeszcze można coś naprawić?