Nieoczekiwane macierzyństwo: Historia Nory i małego Eryka

— Nora, proszę, tylko na chwilę… — głos Anny drżał, kiedy wciskała mi w ramiona śpiącego chłopca. Stałyśmy na moim progu, a ja czułam, jak serce wali mi w piersi. Był listopadowy wieczór, wiatr szarpał gałęziami drzew, a w powietrzu wisiała jakaś złowroga cisza. — Muszę coś załatwić. Wrócę za godzinę — dodała, nie patrząc mi w oczy.

Zanim zdążyłam zaprotestować, Anna już zniknęła w ciemności. Zostałam sama z dzieckiem. Mały Eryk miał może trzy lata. Pachniał mlekiem i czymś słodkim, jakby cukierkami. Patrzył na mnie wielkimi oczami, w których czaił się strach i niezrozumienie. Próbowałam go uspokoić, ale sama byłam roztrzęsiona. Przez całą noc siedziałam przy nim, nasłuchując kroków na klatce schodowej. Ale Anna nie wróciła.

Minęły dni. Potem tygodnie. Policja rozkładała ręce — Anna przepadła bez śladu. Zostałam z Erykiem i tysiącem pytań bez odpowiedzi. Miałam 65 lat, byłam wdową od dekady, dzieci dorosły i wyjechały do innych miast. Moje życie było ciche, przewidywalne i samotne. A teraz nagle miałam pod opieką małego chłopca, który płakał nocami i szeptał przez sen „mama”.

Pierwsze tygodnie były koszmarem. Eryk nie chciał jeść, bał się ciemności, nie pozwalał się dotknąć. Czułam się bezradna i zła na Annę — jak mogła zostawić swoje dziecko? Ale potem zaczęły się drobne cuda: uśmiech Eryka przy śniadaniu, jego rączka ściskająca moją dłoń podczas spaceru, pierwsze „babcino” wypowiedziane nieśmiało pod nosem.

Sąsiedzi plotkowali. — Nora zwariowała na starość — słyszałam za plecami w sklepie. — Po co jej to dziecko? Przecież ledwo chodzi! — komentowała pani Zofia z pierwszego piętra. Bolało mnie to, ale starałam się nie zwracać uwagi. Najgorsze były jednak rozmowy z własną córką:

— Mamo, przecież ty już swoje wychowałaś! Po co ci to wszystko? — pytała Agata przez telefon.
— Nie wiem… — odpowiadałam szczerze. — Ale nie mogłam go zostawić.

Z czasem Eryk stał się częścią mojego życia. Uczyliśmy się siebie nawzajem: ja jego dziecięcych lęków i radości, on moich przyzwyczajeń i słabości. Zaczęłam chodzić z nim do psychologa, nauczyłam się gotować kaszkę tak, jak lubił najbardziej. Każdy dzień był wyzwaniem, ale też prezentem.

Pewnego dnia zadzwonił telefon. To była opieka społeczna:
— Pani Noro, czy rozważałaby pani zostanie rodziną zastępczą dla Eryka?
Serce mi zamarło. Bałam się odpowiedzialności, bałam się tego, co powiedzą ludzie i rodzina. Ale patrząc na Eryka bawiącego się klockami na dywanie, wiedziałam już, że nie potrafię go oddać.

Podjęłam decyzję: zostałam rodziną zastępczą. To był początek nowego rozdziału mojego życia — pełnego trudnych rozmów z urzędnikami, wizyt w sądzie i nieprzespanych nocy. Ale też pełnego śmiechu Eryka, jego pierwszych rysunków na lodówce i wspólnych wieczorów z bajkami.

Z czasem zaczęli do mnie trafiać inni mali podopieczni: Ania z rozbitej rodziny alkoholików, bliźniaki Tomek i Michał odebrane matce za przemoc domową… Każde dziecko przynosiło ze sobą własny ból i własną nadzieję. Bywały dni, kiedy miałam ochotę uciec — zmęczona płaczem dzieci, papierologią i brakiem wsparcia ze strony bliskich.

Ale były też chwile piękne: pierwszy uśmiech Ani po tygodniach milczenia; laurka od Tomka z napisem „kocham cię babciu”; wspólne pieczenie pierników przed Bożym Narodzeniem. Zrozumiałam wtedy coś ważnego: miłość nie zna wieku ani granic.

Najtrudniejsze były pożegnania. Kiedy któreś z dzieci wracało do biologicznej rodziny albo trafiało do adopcji, serce pękało mi na pół. Pamiętam łzy Eryka, kiedy żegnaliśmy się z Anią:
— Babciu, dlaczego ona musi odejść?
— Bo jej mama już jest gotowa ją przyjąć — tłumaczyłam drżącym głosem.
— A ty mnie kiedyś oddasz?
Przytuliłam go mocno.
— Nigdy cię nie oddam.

Dziś mam 72 lata. Eryk jest już nastolatkiem — wysoki, szczupły chłopak o łagodnych oczach. Wciąż mieszka ze mną i mówi do mnie „babciu”, choć wiem, że jestem dla niego kimś więcej niż tylko opiekunką.

Czasem siadam wieczorem przy oknie i myślę o Annie — gdzie jest? Czy żałuje? Czy wie, że jej syn znalazł dom? Myślę też o wszystkich dzieciach, które przewinęły się przez mój dom: czy są szczęśliwe? Czy pamiętają mnie jeszcze?

Często pytam siebie: czy zrobiłam dobrze? Czy miałam prawo zmieniać swoje życie tak radykalnie na stare lata? Ale potem patrzę na Eryka i wiem jedno: czasem los stawia przed nami wyzwania po to, żebyśmy mogli odkryć w sobie siłę i miłość, o jakiej nie mieliśmy pojęcia.

Czy każdy z nas byłby gotów otworzyć drzwi swojego domu — i serca — dla kogoś zupełnie obcego? A może to właśnie takie niespodziewane spotkania są sensem naszego życia?