Między dwoma światami: Łzy na progu mojego ojczyma
— Nie możesz mi tego zrobić, Marto! — głos ojczyma, pana Zbigniewa, odbił się echem od obdrapanych ścian kuchni. Stał przy oknie, zaciśnięte pięści opierał o parapet, a jego ramiona drżały. — Przecież to mój dom! Tu wszystko się zaczęło i tu chcę skończyć!
Moja córka, Zosia, ścisnęła moją dłoń pod stołem. Miała tylko osiem lat, ale czuła napięcie lepiej niż niejeden dorosły. W powietrzu wisiała cisza, którą przerywał tylko stukot deszczu o blaszany dach. W tej chwili czułam się jak zdrajczyni — kobieta rozpięta między dwoma światami: światem dziecka i światem starego człowieka, który był dla mnie rodziną od śmierci mamy.
— Tato… — zawsze mówiłam do niego „tato”, choć nie był moim biologicznym ojcem. — Ja tylko chcę, żebyś był bezpieczny. Zima będzie ciężka, a ty jesteś sam…
Zbigniew odwrócił się gwałtownie. Jego oczy były czerwone od łez i gniewu.
— Bezpieczny? Wśród obcych ludzi? W czterech ścianach, gdzie nawet nie będę miał swojego kubka? Marta, ja tu żyłem z twoją matką przez trzydzieści lat! Tu są nasze drzewa, nasz ogród… Ty tu dorastałaś! Jak możesz mi to zabrać?
Nie miałam słów. Czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Przypomniałam sobie dzieciństwo: zapach świeżego chleba z pieca, śmiech mamy w ogrodzie, Zbigniewa naprawiającego rower pod starą lipą. Ale teraz wszystko się zmieniło. Byłam samotną matką z pracą w mieście i dzieckiem, które potrzebowało mnie coraz bardziej. Każdy weekend spędzałam na trasie Warszawa–Wólka Mała, z torbami pełnymi zakupów i sercem pełnym niepokoju.
Zosia patrzyła na mnie wielkimi oczami.
— Mamo… czy dziadek umrze, jeśli pójdzie do domu starców?
Zamarłam. Jak odpowiedzieć dziecku na takie pytanie?
— Nie umrze, kochanie. Ale czasem ludzie czują się bardzo samotni, kiedy muszą opuścić swój dom.
Zosia milczała. Widziałam, że nie rozumie wszystkiego, ale czuje ból.
Tydzień później wróciłam do Wólki Małej z zamiarem spokojnej rozmowy. Zbigniew siedział na ławce przed domem, zapatrzony w pola ciągnące się aż po horyzont.
— Marta — powiedział cicho — wiem, że ci ciężko. Ale ja tu należę. Jeśli stąd odejdę… to jakby mnie już nie było.
Usiadłam obok niego. Pachniało mokrą ziemią i gnijącymi jabłkami spod starej antonówki.
— Boję się o ciebie. Co jeśli upadniesz? Co jeśli zachorujesz? Nie mogę być tutaj codziennie…
Spojrzał na mnie z bólem i dumą.
— Wiem. Ale nie zabieraj mi tego, co mi zostało. Tu mam sąsiadów — pana Stefana z naprzeciwka, panią Halinę, która przynosi mi mleko… W domu opieki będę tylko numerem w kartotece.
Tej nocy nie zmrużyłam oka. Myślałam o wszystkich historiach o starszych ludziach umierających z tęsknoty za domem, o pustych wsiach, gdzie tylko wiatr rozmawia z opuszczonymi domami. Myślałam też o sobie — ile jeszcze dam radę tak żyć? Czy można być dobrą córką i dobrą matką jednocześnie?
Zadzwoniłam do brata — Pawła, który od lat mieszka w Anglii.
— Marta, przecież wiesz, że nie mogę wrócić. Mam tu rodzinę, pracę… Może rzeczywiście lepiej byłoby dla taty w domu opieki?
— Ale on tego nie chce! To go złamie!
— A co jeśli coś mu się stanie i nikt go nie znajdzie przez kilka dni? Czy będziesz mogła z tym żyć?
Nie miałam odpowiedzi.
Przez kilka tygodni próbowałam znaleźć kompromis: poprosiłam panią Halinę o codzienne wizyty u Zbigniewa, umówiłam pielęgniarkę środowiskową na częstsze kontrole. Ale wiedziałam, że to nie wystarczy na dłuższą metę.
Pewnego ranka zadzwonił telefon — byłam właśnie w drodze do pracy.
— Marta! Zbigniew upadł! Pani Halina znalazła go na podłodze w kuchni!
Serce mi stanęło. To, czego się najbardziej bałam, stało się rzeczywistością.
W szpitalu lekarz powiedział jasno:
— Nie ma złamań, ale jest bardzo osłabiony. Musi pani podjąć decyzję — on nie może już być sam.
Zbigniew patrzył na mnie z łóżka szpitalnego. Jego oczy były zamglone od łez i bezsilności.
— Jeśli musi tak być… obiecaj tylko, że będziesz przychodzić. Nie zostawiaj mnie jak starego psa na pastwisku.
Płakałam całą drogę powrotną do Warszawy.
Dziś Zbigniew mieszka w domu opieki pod Mińskiem Mazowieckim. Co tydzień przyjeżdżamy z Zosią — przynosimy mu ciasto i rysunki ze szkoły. Ale za każdym razem, gdy zamykam za sobą drzwi tego miejsca, czuję jakby część mnie zostawała tam razem z nim.
Czasem pytam siebie: czy go zdradziłam czy uratowałam? Czy można być dobrą córką i dobrą matką jednocześnie? Co wy byście zrobili na moim miejscu?