50 lat później założyłam suknię ślubną i spojrzałam w oczy mężowi. Jego reakcja zmieniła wszystko…

– Naprawdę musisz to robić teraz? – Janusz stał w progu naszej sypialni, zniecierpliwiony, z rękami skrzyżowanymi na piersi. W jego głosie słyszałam nutę irytacji, ale i coś jeszcze – może lęk? Może zmęczenie?

Spojrzałam na siebie w lustrze. Suknia ślubna, którą wyciągnęłam z dna szafy, była żółtawa, miejscami poplamiona czasem. Ale kiedy ją zakładałam pięćdziesiąt lat temu, czułam się jak księżniczka. Teraz materiał opinał się na moich biodrach inaczej, a koronka drapała ramiona. Mimo to patrzyłam na swoje odbicie z dziwną czułością.

– Muszę – odpowiedziałam cicho. – Chcę zobaczyć, czy jeszcze do mnie pasuje.

Janusz westchnął ciężko. – Zawsze musisz robić wszystko po swojemu, prawda, Haniu? Nawet po tylu latach.

Nie odpowiedziałam. W głowie miałam wspomnienia: nasz ślub w małym kościele w Zabrzu, mama płacząca ze wzruszenia, tata ściskający mi dłoń tak mocno, że aż bolało. Janusz wtedy był inny – uśmiechnięty, pełen życia, obiecywał mi świat. A potem przyszła codzienność.

Kiedy dzieci były małe, nie mieliśmy czasu na siebie. Praca w kopalni wykańczała Janusza, a ja wiecznie biegałam między domem a sklepem mięsnym, w którym dorabiałam. Były dni, kiedy nie rozmawialiśmy ze sobą wcale – tylko wymienialiśmy spojrzenia nad talerzem zupy.

Pamiętam ten jeden wieczór, kiedy wrócił późno, pijany. Krzyczał wtedy na mnie i na dzieci. Bałam się go wtedy pierwszy raz w życiu. Następnego dnia przepraszał, płakał jak dziecko. Przebaczyłam mu, bo przecież wszyscy popełniamy błędy. Ale coś we mnie pękło.

Przez lata nauczyliśmy się żyć obok siebie – jak dwa drzewa rosnące blisko, ale każde w swoją stronę. Były chwile szczęścia: narodziny wnuków, wspólne wakacje nad morzem, święta przy jednym stole. Ale były też zdrady – jego i moje podejrzenia, ciche łzy w poduszkę.

Teraz, kiedy dzieci wyjechały do Warszawy i Wrocławia, zostaliśmy sami w dużym mieszkaniu. Cisza była czasem nie do zniesienia.

– Po co ci ta suknia? – zapytał Janusz nagle łagodniej. – Przecież to tylko kawałek materiału.

Odwróciłam się do niego powoli. – Bo chcę sobie przypomnieć, kim byłam wtedy… i kim jestem teraz.

Podszedł bliżej. Zmarszczki wokół jego oczu pogłębiły się, kiedy patrzył na mnie uważnie. – A kim jesteś?

Zacisnęłam dłonie na koronce sukni. – Jestem kobietą, która cię kochała przez pięćdziesiąt lat. Czasem bardziej, czasem mniej… Ale nigdy nie przestałam próbować.

Janusz usiadł ciężko na łóżku. Przez chwilę milczeliśmy oboje.

– Wiesz… – zaczął cicho – ja też nie byłem łatwy. Wiem o tym. Ale zawsze myślałem, że jakoś to będzie.

– Jakoś to będzie… – powtórzyłam z goryczą. – Tak mówiliśmy sobie przez całe życie. A może trzeba było zawalczyć?

Wtedy zadzwonił telefon. To była nasza córka, Marta.

– Mamo! Wszystkiego najlepszego! – krzyczała radośnie do słuchawki. – Tata tam jest? Dajcie się pocałować przez telefon!

Uśmiechnęłam się przez łzy. Janusz podszedł bliżej i objął mnie ramieniem.

– Kocham cię, Haniu – powiedział nagle tak cicho, że ledwo go usłyszałam.

Odłożyłam słuchawkę i spojrzałam mu w oczy. Po raz pierwszy od lat zobaczyłam w nich tego chłopaka sprzed pół wieku.

– Chcesz zatańczyć? – zapytał niespodziewanie.

Zaśmiałam się przez łzy. – W tej sukni? Przecież zaraz się rozpadnie!

– To zatańczmy zanim się rozpadnie – odpowiedział i przyciągnął mnie do siebie.

Tańczyliśmy powoli po pokoju, potykając się o własne nogi i śmiejąc się jak dzieci. Przez chwilę czułam się znowu młoda, lekka… wolna od wszystkich żalów i pretensji.

Po tańcu usiedliśmy razem na kanapie.

– Myślisz, że gdybyśmy mogli cofnąć czas… zrobiłabyś coś inaczej? – zapytał Janusz.

Zamyśliłam się długo.

– Może mniej bym milczała… A ty?

– Może więcej bym słuchał.

Objęliśmy się mocno i siedzieliśmy tak długo w ciszy.

Dziś patrzę na tę suknię wiszącą na drzwiach i myślę: czy miłość naprawdę potrafi przetrwać wszystko? Czy wystarczy nam odwagi, by jeszcze raz zacząć od nowa — nawet po pięćdziesięciu latach? Co wy o tym sądzicie?