Rodzina zmusiła mnie do ślubu z Piotrem. Nie wiedzieli, co ukrywał. Teraz samotnie wychowuję syna i pytam: czy warto było poświęcić wszystko?
— Musisz się w końcu ustatkować, Magda. Ile można czekać? — głos mamy rozbrzmiewał w kuchni, gdy kroiła ogórki na sałatkę. Ojciec tylko mruknął coś pod nosem, nie odrywając wzroku od telewizora. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to jedno popołudnie zmieni całe moje życie.
Piotr był sąsiadem z bloku obok. Przystojny, spokojny, zawsze uprzejmy. Mama powtarzała: „Taki chłopak to skarb! Nie pije, pracuje, nie włóczy się po nocach”. Wszyscy wokół widzieli w nim idealnego kandydata na męża. Ja… nie byłam pewna. Ale miałam już trzydzieści dwa lata, a każda rozmowa z rodziną kończyła się pytaniem: „Kiedy dziecko?”
Pamiętam tamten wieczór, kiedy Piotr poprosił mnie o rękę. Siedzieliśmy na ławce pod blokiem, a on wyjął pierścionek i powiedział: — Magda, załóżmy rodzinę. Będę cię kochał i dbał o was.
Nie było w tym wielkiej namiętności, ale była obietnica stabilizacji. Przystałam na to — bardziej dla rodziców niż dla siebie. Ślub był skromny, ale rodzina szczęśliwa. Mama płakała ze wzruszenia, tata ściskał Piotra jak własnego syna.
Pierwsze miesiące były poprawne. Piotr wracał z pracy, jadł obiad, oglądał telewizję. Rozmawialiśmy mało, ale nie kłóciliśmy się. Czułam jednak pustkę. Zaczęłam myśleć o dziecku — może wtedy poczuję się spełniona?
Gdy zaszłam w ciążę, rodzina była w euforii. Mama szyła maleńkie ubranka, Piotr kupił łóżeczko. Ale on sam coraz częściej znikał wieczorami. Tłumaczył się nadgodzinami.
Pewnej nocy obudziłam się i zobaczyłam światło w kuchni. Piotr siedział przy stole z butelką wódki. Nigdy wcześniej nie widziałam go pijanego.
— Piotr, co się dzieje? — zapytałam cicho.
Spojrzał na mnie pustym wzrokiem.
— Nie dam rady… Nie chcę tego dziecka… Nie chcę tego życia…
Zamarłam. Próbowałam go przytulić, ale odepchnął mnie.
— Ty tego chciałaś! To ty mnie do tego zmusiłaś! — krzyknął.
Następnego dnia nie wrócił na noc. Ani kolejnego. Zniknął na kilka dni. Gdy wrócił, był blady i roztrzęsiony.
— Muszę ci coś powiedzieć — zaczął drżącym głosem. — Ja… ja mam długi u ludzi, u których nie powinienem mieć długów. Hazard… Pożyczki… Bałem się ci powiedzieć.
Świat mi się zawalił. Próbowałam go przekonać, że razem damy radę, ale on już był gdzie indziej — psychicznie i fizycznie. Znikał coraz częściej, aż pewnego dnia nie wrócił wcale.
Urodziłam syna sama. Michaś był moim całym światem, ale każda noc była walką z lękiem i samotnością. Rodzina początkowo pomagała — mama gotowała obiady, tata przychodził pobawić się z wnukiem. Ale szybko zaczęły się pretensje.
— Po co ci był ten ślub? — pytała mama z wyrzutem.
— Trzeba było lepiej wybrać — dorzucała ciotka na rodzinnych spotkaniach.
A ja? Ja tylko chciałam być szczęśliwa i dać mojemu dziecku dom.
Z czasem musiałam wrócić do pracy. Michaś poszedł do żłobka, a ja codziennie biegłam między pracą a domem, walcząc o każdą złotówkę i chwilę spokoju. Piotr czasem dzwonił — przepraszał, obiecywał poprawę, ale nigdy nie pojawił się naprawdę w naszym życiu.
Najgorsze były święta. Wszyscy razem przy stole, a ja z pustym miejscem obok siebie i pytaniami w oczach rodziny: „Co dalej?”
Czasem Michaś pyta:
— Mamo, gdzie jest tata?
Nie wiem, co odpowiedzieć. Że uciekł przed odpowiedzialnością? Że wybrał łatwiejszą drogę?
Wieczorami patrzę na śpiącego synka i zastanawiam się: czy mogłam postąpić inaczej? Czy powinnam była walczyć o siebie zamiast spełniać oczekiwania innych?
Dziś wiem jedno: samotne macierzyństwo to codzienna walka — o siebie, o dziecko, o godność. Ale czy naprawdę warto poświęcać własne marzenia dla cudzych oczekiwań?
Czasem pytam siebie: czy gdybym miała wybór jeszcze raz… czy odważyłabym się żyć po swojemu? Co wy byście zrobili na moim miejscu?