Cień mojego brata: Historia o zakazach, żalu i niespełnionych marzeniach

– Nie rozumiesz, Marto? Najpierw muszą dorosnąć twoje siostrzeńcy. Potem możesz myśleć o dzieciach – głos ojca był twardy jak stal, a ja poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. Stałam w kuchni rodziców, ściskając w dłoni kubek z herbatą, który nagle stał się zbyt ciężki. Mój mąż, Michał, patrzył na mnie bezradnie. Wiedział, że to nie pierwszy raz, kiedy ojciec stawia mi warunki. Ale tym razem chodziło o coś najważniejszego – o moje prawo do szczęścia.

Od zawsze czułam się w cieniu mojego młodszego brata, Pawła. Ojciec powtarzał wszystkim, że to on jest „nadzieją rodziny”, że „mężczyzna musi być głową rodu”. Kiedy Paweł dostał się na politechnikę, tata wyprawił mu przyjęcie na pół osiedla. Kiedy ja skończyłam studia z wyróżnieniem, usłyszałam tylko: „No dobrze, ale co dalej?”. Nawet mama nie miała odwagi się sprzeciwić. Była cicha, zamknięta w sobie. Zawsze powtarzała: „Nie denerwuj ojca”.

Teraz Paweł ma dwójkę dzieci – bliźniaki, Zosię i Janka. Są cudowni, ale ich rodzice nie radzą sobie najlepiej. Paweł często znika na całe dnie, a jego żona, Aneta, jest wiecznie zmęczona i rozdrażniona. Rodzice pomagają im finansowo i opiekują się dziećmi niemal codziennie. Ja z Michałem mieszkamy w innym mieście, ale często przyjeżdżamy do rodziców. Od kilku miesięcy próbujemy mieć dziecko. Kiedy powiedziałam o tym mamie, ucieszyła się i przytuliła mnie mocno. Ale ojciec…

– Nie czas na kolejne dzieci w tej rodzinie – powiedział stanowczo. – Najpierw musimy postawić na nogi Pawła i jego rodzinę. Ty możesz poczekać.

Poczekać? Mam trzydzieści cztery lata! Każda wizyta u ginekologa przypomina mi o upływającym czasie. Michał coraz częściej pyta: „Może spróbujemy in vitro?”. Ale ja wiem, że nie chodzi tylko o biologię. W mojej głowie siedzi głos ojca: „Nie teraz. Nie zasłużyłaś”.

Pamiętam święta sprzed dwóch lat. Siedzieliśmy przy stole, a ojciec opowiadał sąsiadom o sukcesach Pawła. Ja podawałam barszcz i pierogi, słuchając tych samych historii po raz setny. W końcu zebrałam się na odwagę i powiedziałam: – Tato, a może opowiesz coś o mojej pracy? Dostałam awans.

Spojrzał na mnie z pobłażaniem: – Praca w urzędzie? To nie jest prawdziwa kariera. Kobieta powinna myśleć o rodzinie.

A teraz, kiedy chcę mieć rodzinę, słyszę: „Nie teraz”.

Wczoraj wieczorem długo rozmawiałam z Michałem.
– Może powinniśmy po prostu zrobić swoje? – zapytał cicho.
– A jeśli ojciec się dowie? – odpowiedziałam ze łzami w oczach.
– Marto… To twoje życie. Nasze życie.

Ale ja nie potrafię się uwolnić od tego ciężaru. Czuję się winna nawet wtedy, gdy nie powinnam. Zawsze byłam tą „rozsądną”, tą „pomocną”, tą „drugą”. Nawet kiedy byłam mała i Paweł rozbił szybę piłką, to ja dostawałam karę za to, że „nie upilnowałam brata”.

Kilka dni temu zadzwoniła do mnie mama.
– Marto, tata jest zmęczony. Nie denerwuj go teraz tymi sprawami…
– Mamo! To moje życie! Czy ja naprawdę muszę pytać ojca o pozwolenie na dziecko?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Wiem… Przepraszam cię, córciu.

Zaczęłam się zastanawiać: czy naprawdę jestem tak słaba? Czy pozwalam innym decydować o moim szczęściu? Przecież kocham Michała i chcę z nim mieć dziecko. Ale za każdym razem, gdy próbuję podjąć decyzję, słyszę w głowie ten głos: „Nie teraz”.

W pracy koleżanki opowiadają o swoich rodzinach, o dzieciach. Czasem pytają: – A wy z Michałem? Planujecie?
Uśmiecham się sztucznie i mówię: – Może kiedyś…
A w środku czuję żal i wściekłość.

Wczoraj spotkałam się z Anetą w parku. Była wykończona.
– Marto… Ja już nie daję rady – powiedziała cicho. – Twoi rodzice pomagają nam bardzo, ale czasem mam wrażenie, że jestem tylko dodatkiem do Pawła i dzieci.
Patrzyłyśmy na siebie przez chwilę w milczeniu.
– Wiesz… Ja też tak się czuję – odpowiedziałam.

Wróciłam do domu i długo płakałam. Michał objął mnie mocno.
– Musisz postawić granicę – powiedział stanowczo. – Twój ojciec nie ma prawa decydować o naszym życiu.

Ale jak postawić granicę komuś, kogo kochasz i boisz się jednocześnie? Jak powiedzieć „dość” człowiekowi, który od zawsze był autorytetem i tyranem jednocześnie?

Dziś rano zadzwonił ojciec.
– Marto, przyjedź jutro do domu. Musimy porozmawiać.
Cały dzień chodziłam jak struta. Michał powiedział: – Pojadę z tobą.

Wieczorem siedzieliśmy przy stole w rodzinnym domu. Ojciec patrzył na mnie surowo.
– Marto… Wiem, że jesteś dorosła. Ale rodzina to odpowiedzialność. Nie możesz myśleć tylko o sobie.
Poczułam, jak narasta we mnie bunt.
– Tato… A może raz pomyśl o mnie? O moich marzeniach? O tym, że też chcę być matką?
Ojciec milczał długo.
– Zawiodłem cię? – zapytał cicho.
– Tak…

Wyszłam z domu z poczuciem ulgi i strachu jednocześnie. Czy zrobiłam dobrze? Czy można być szczęśliwym wbrew rodzinie?

Czasem myślę: ile jeszcze pokoleń będzie żyło cudzymi oczekiwaniami? Czy mam prawo walczyć o swoje szczęście?

A wy… Co byście zrobili na moim miejscu?