Dom, który nie mógł być nasz: matka między nadzieją a nieufnością

– Mamo, proszę cię, nie zaczynaj znowu – głos Kasi drżał, choć próbowała brzmieć stanowczo. Stała przy kuchennym stole, z rękami splecionymi na brzuchu, który już wyraźnie zaokrąglił się pod letnią sukienką.

Patrzyłam na nią i czułam, jak serce ściska mi się z bezsilności. Przecież nie chciałam jej ranić. Chciałam tylko, żeby była bezpieczna. Żeby nie popełniła tych samych błędów co ja.

– Kasiu, ja tylko pytam – odpowiedziałam cicho. – Dlaczego Michał chce przepisać dom na swoją matkę? Przecież to wy będziecie tam mieszkać, wy będziecie spłacać kredyt…

Kasia westchnęła ciężko i odwróciła wzrok. – Bo tak jest bezpieczniej. Jego mama ma lepszą zdolność kredytową. Poza tym… to tylko formalność. Michał mówi, że wszystko zostanie w rodzinie.

W rodzinie. Ale w której? – pomyślałam gorzko. Przypomniałam sobie własne początki z ojcem Kasi. Też wierzyłam w słowa, w zapewnienia o wspólnej przyszłości. A potem zostałam sama z dzieckiem i długami.

– Kasiu, proszę cię… – zaczęłam jeszcze raz, ale przerwała mi gwałtownie.

– Mamo! To moja decyzja! Nie chcę już o tym rozmawiać.

Wyszła z kuchni, zostawiając mnie z poczuciem winy i narastającym lękiem. Usiadłam ciężko na krześle i ukryłam twarz w dłoniach. Czy naprawdę robię źle, martwiąc się o nią? Czy jestem zbyt podejrzliwa? Może powinnam zaufać jej wyborom?

Wieczorem zadzwonił telefon. To była Basia, moja przyjaciółka od lat.

– I co? Rozmawiałaś z Kasią? – zapytała bez zbędnych wstępów.

– Próbowałam… Ale ona mnie nie słucha. Twierdzi, że wszystko jest w porządku, że Michał wie, co robi.

Basia westchnęła. – Wiesz, jak to jest. Młodzi myślą, że są nieśmiertelni i że ich miłość przetrwa wszystko.

– Ale przecież to nie chodzi o brak miłości… Tylko o rozsądek! – wybuchłam. – Co jeśli coś się stanie? Jeśli się rozstaną? Ona zostanie bez niczego!

Basia milczała przez chwilę.

– Może spróbuj porozmawiać z Michałem? Albo z jego matką?

Poczułam dreszcz niepokoju na samą myśl o tej rozmowie. Pani Helena zawsze była uprzejma, ale chłodna. Nigdy nie ukrywała, że uważa swoją rodzinę za lepszą od naszej.

Następnego dnia zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do niej.

– Dzień dobry, pani Heleno. Chciałam zapytać o ten dom…

– O co chodzi? – jej głos był lodowaty.

– Czy naprawdę musi być na pani nazwisko? Kasia i Michał będą tam mieszkać…

Usłyszałam cichy śmiech.

– Proszę pani, to są sprawy naszej rodziny. Kasia powinna być wdzięczna, że pomagamy im stanąć na nogi.

Zacisnęłam pięści ze złości.

– Ale przecież ona też pracuje! I to ona będzie spłacać kredyt razem z Michałem!

– Proszę się nie martwić o swoje wnuki. My wiemy najlepiej, co dla nich dobre.

Rozłączyła się bez pożegnania. Poczułam się upokorzona i bezradna jak dziecko.

Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta. Kasia unikała rozmów ze mną, a Michał coraz rzadziej się pojawiał. Czułam, że tracę kontakt z własną córką.

Pewnego wieczoru usłyszałam ciche pukanie do drzwi jej pokoju.

– Mamo… – Kasia weszła powoli, oczy miała zaczerwienione od płaczu. – Pokłóciliśmy się z Michałem. On… on powiedział, że jeśli nie zgodzę się na ten dom na jego mamę, to może lepiej się rozstać.

Objęłam ją mocno i poczułam łzy spływające po mojej twarzy.

– Kochanie… Nie możesz pozwolić się szantażować. Masz prawo do bezpieczeństwa.

– Ale ja go kocham! – szlochała Kasia. – Nie chcę zostać sama z dwójką dzieci…

Siedziałyśmy tak długo w milczeniu. W końcu powiedziałam:

– Czasem trzeba wybrać siebie, nawet jeśli to boli.

Następnego dnia Michał przyszedł do nas późnym popołudniem. Był spięty i unikał mojego wzroku.

– Kasia powiedziała mi o waszej rozmowie – zaczął szorstko. – Proszę się nie wtrącać w nasze sprawy.

Wstałam powoli i spojrzałam mu prosto w oczy.

– Michał, ja tylko chcę chronić moją córkę. Jeśli naprawdę ją kochasz, powinieneś zadbać o jej bezpieczeństwo tak samo jak o swoje.

Zamilkł na chwilę.

– To nie takie proste… Mama pomaga nam finansowo…

– Ale czy twoja mama będzie mieszkać w tym domu? Czy będzie spłacać kredyt?

Nie odpowiedział. Wyszedł trzaskając drzwiami.

Kasia przez kilka dni była jak cień samej siebie. Widziałam, jak walczy ze sobą – między miłością a strachem przed samotnością. Próbowałam być przy niej, ale czułam, że każdy mój gest tylko pogarsza sytuację.

W końcu nadszedł dzień podpisania umowy u notariusza. Kasia przyszła do mnie rano blada jak ściana.

– Mamo… Nie wiem, co robić…

Wzięłam ją za rękę.

– Zaufaj sobie. Jeśli czujesz, że coś jest nie tak – masz prawo powiedzieć „nie”.

Po południu zadzwoniła do mnie zapłakana:

– Nie podpisałam… Michał jest wściekły… Ale czuję ulgę…

Przyjechała do mnie wieczorem z walizką i małą Zosią za rękę. Przytuliłyśmy się długo w progu mieszkania.

Minęły tygodnie pełne łez i rozmów do późna w nocy. Michał próbował wrócić, przepraszał, obiecywał poprawę – ale Kasia była już inna. Silniejsza. Zaczęła szukać pracy na własną rękę i powoli odbudowywać swoje życie.

Czasem patrzę na nią i czuję dumę pomieszaną ze smutkiem. Czy musiała aż tyle przejść, żeby nauczyć się ufać sobie?

Dziś wiem jedno: czasem największą miłością jest pozwolić komuś odejść od tego, co go rani – nawet jeśli to oznacza samotność i łzy.

Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy moje rady były wsparciem czy ciężarem? Jak daleko powinna sięgać matczyna troska?