Cień rodzinnej waśni: Skandal w Zielonkach

– Kasia, nie pozwolę, żebyś tak traktowała mojego syna! – głos teściowej przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stała naprzeciwko mnie, z rękami opartymi o blat, a jej oczy płonęły gniewem.

Zosia spała w pokoju obok, a ja czułam, jak moje serce wali mi w piersi. Chciałam odpowiedzieć spokojnie, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. W Zielonkach, naszej małej wiosce pod Krakowem, plotki rozchodziły się szybciej niż dym z komina. Wiedziałam, że ta rozmowa to początek czegoś większego.

– Pani Aniu, ja naprawdę się staram… – zaczęłam cicho, ale przerwała mi gwałtownie.

– Starasz się? To dlaczego mój syn wraca z pracy i musi jeszcze gotować sobie obiad? Co ty robisz cały dzień?

Poczułam łzy pod powiekami. Chciałam krzyczeć, że opieka nad noworodkiem to nie wakacje, że nie śpię po nocach, że boję się o każdy oddech Zosi. Ale wiedziałam, że dla niej to nie ma znaczenia. Dla niej byłam tylko niewystarczająco dobrą żoną dla jej ukochanego syna.

Marek, mój mąż, wrócił tego dnia późno. Wszedł do kuchni i spojrzał na nas obie. Przez chwilę miałam nadzieję, że stanie po mojej stronie.

– Co tu się dzieje? – zapytał zmęczonym głosem.

– Twoja żona uważa, że wszystko jej wolno – rzuciła teściowa z pogardą.

Marek spojrzał na mnie bez słowa. W tej jednej chwili poczułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.

Zosia była naszym pierwszym dzieckiem. Czekałam na nią latami – po dwóch poronieniach i miesiącach leczenia niepłodności. Kiedy w końcu pojawiła się na świecie, myślałam, że wszystko się ułoży. Ale wtedy zaczęły się wizyty teściowej. Najpierw pomagała – gotowała rosół, przynosiła świeże jajka od sąsiadki. Potem zaczęła krytykować: że Zosia za lekko ubrana, że za długo śpi ze mną w łóżku, że nie powinnam tyle płakać.

Pewnego wieczoru usłyszałam przez drzwi rozmowę teściowej z Markiem:

– Marek, ona cię wykończy. Zobaczysz, jeszcze cię zostawi z dzieckiem na karku.

– Mamo, daj spokój…

– Nie będę patrzeć, jak marnujesz sobie życie!

Wtedy coś we mnie pękło. Przestałam jeść. Przestałam spać. Zosia płakała coraz częściej, a ja czułam się coraz bardziej bezradna.

Któregoś dnia znalazłam list w szufladzie Markowego biurka. Był zaadresowany do niego od jego byłej dziewczyny – Magdy. Pisała o tym, jak bardzo żałuje rozstania i że zawsze będzie na niego czekać. Przez chwilę świat zawirował mi przed oczami.

Wieczorem zapytałam Marka:

– Dlaczego trzymasz ten list?

Spojrzał na mnie zaskoczony.

– To stary list. Nie wiem nawet, czemu go nie wyrzuciłem.

Ale nie wierzyłam mu. Od tego dnia zaczęłam podejrzewać wszystko i wszystkich.

Teściowa coraz częściej przychodziła bez zapowiedzi. Pewnego popołudnia weszła do domu i zobaczyła mnie płaczącą nad Zosią.

– Co ty robisz temu dziecku?! – krzyknęła.

Zerwałam się z miejsca.

– Nic jej nie robię! Po prostu jestem zmęczona!

– Ty jesteś chora! Powinnaś iść do psychiatry!

Wybiegłam wtedy z domu i przez godzinę chodziłam po polach za Zielonkami. Wiatr targał mi włosy, a łzy ściekały po policzkach. Chciałam uciec – zostawić wszystko i zacząć od nowa gdzieś daleko stąd.

Ale wróciłam. Dla Zosi.

Następnego dnia Marek powiedział mi:

– Mama chce zamieszkać z nami na jakiś czas. Żeby ci pomóc.

Poczułam zimny dreszcz na plecach.

– Nie chcę jej tutaj – wyszeptałam.

– Kasia… ona chce dobrze.

Ale wiedziałam, że to nieprawda. Chciała mieć kontrolę nad wszystkim – nade mną, nad Markiem, nad Zosią.

Kiedy teściowa zamieszkała z nami, dom przestał być moim azylem. Każdy dzień był walką o odrobinę prywatności. Każda rozmowa była przesłuchaniem:

– Dlaczego Zosia tak mało je?
– Czemu nie prasujesz Markowi koszul?
– Kiedy wrócisz do pracy? Przecież nie możesz siedzieć w domu całe życie!

Zaczęłam zamykać się w sobie. Przestałam rozmawiać z Markiem. On też coraz częściej wychodził z domu – najpierw na dłuższe spacery z psem, potem do pracy po godzinach.

Pewnego dnia znalazłam w jego telefonie wiadomość od Magdy:

„Myślę o tobie codziennie.”

Zrobiło mi się słabo. Usiadłam na łóżku i patrzyłam w ścianę przez długie minuty. Kiedy Marek wrócił do domu, pokazałam mu telefon bez słowa.

– To nic nie znaczy – powiedział cicho.

Ale ja już nie wierzyłam w żadne słowa.

Tej nocy spakowałam kilka rzeczy Zosi i wyszłam z domu. Poszłam do mojej mamy – mieszkała kilka ulic dalej, w starej chałupie po dziadkach. Przyjęła mnie bez pytań. Położyła mnie do łóżka i przykryła kocem jak wtedy, gdy byłam małą dziewczynką.

Przez kilka dni Marek nie dzwonił. Dopiero czwartego dnia przyszedł pod dom mojej mamy.

– Kasia… wróć do domu – prosił przez łzy.

Patrzyłam na niego przez okno i widziałam chłopca zagubionego we własnym życiu. Ale ja już byłam kimś innym.

W Zielonkach zaczęły krążyć plotki: że uciekłam do kochanka, że jestem chora psychicznie, że Marek znalazł sobie inną. Każdego dnia ktoś patrzył na mnie podejrzliwie w sklepie spożywczym albo na przystanku autobusowym.

Moja mama próbowała mnie pocieszać:

– Ludzie zawsze gadają, Kasiu. Ważne jest to, co ty czujesz.

Ale ja czułam tylko pustkę i strach przed przyszłością.

Po miesiącu Marek przyszedł jeszcze raz. Tym razem sam, bez matki.

– Przepraszam – powiedział tylko tyle i rozpłakał się jak dziecko.

Nie wiedziałam, czy potrafię mu wybaczyć. Nie wiedziałam nawet, czy chcę wracać do tamtego życia.

Dziś siedzę przy oknie i patrzę na bawiącą się Zosię w ogrodzie mojej mamy. Słońce zachodzi nad polami Zielonek, a ja zastanawiam się nad wszystkim jeszcze raz od początku.

Czy można wybaczyć zdradę? Czy można odbudować rodzinę po tym wszystkim? Czy rodzina to zawsze ci, którzy powinni być najbliżej?

Może czasem trzeba odejść, żeby naprawdę zacząć żyć? Co wy byście zrobili na moim miejscu?