„Nie chcę tu mieszkać!” – Jak teściowa zniszczyła naszą rodzinę i odebrała mi poczucie bezpieczeństwa
– Nie chcę tu mieszkać! – krzyknęłam przez łzy, patrząc na męża, który stał w kuchni z opuszczoną głową. W powietrzu wisiała cisza, którą przerywało tylko tykanie starego zegara po babci. Za ścianą słyszałam cichy szelest – to teściowa, pani Halina, znów podsłuchiwała naszą rozmowę. Od miesięcy czułam się jak intruz we własnym życiu.
Wszystko zaczęło się rok temu, kiedy Krzysiek – mój mąż – przyszedł do domu z wiadomością, że jego mama chce przepisać na nas dom w podwarszawskiej wsi. Miałam wtedy inne plany: marzyłam o małym mieszkaniu w mieście, blisko pracy i przyjaciół. Ale Krzysiek był zachwycony: „To szansa! Nie będziemy musieli brać kredytu na trzydzieści lat!” – powtarzał. Jego entuzjazm był zaraźliwy, ale gdzieś w środku czułam niepokój.
Pani Halina od początku dawała mi do zrozumienia, że to ona tu rządzi. „W tym domu obowiązują moje zasady” – mówiła z uśmiechem, który nigdy nie sięgał jej oczu. Próbowałam się dostosować: gotowałam według jej przepisów, sprzątałam tak, jak lubiła, nawet pozwalałam jej decydować o wystroju naszego pokoju. Ale im bardziej się starałam, tym bardziej czułam się niewidzialna.
Najgorsze przyszło po kilku miesiącach. Krzysiek coraz częściej znikał wieczorami – tłumaczył się pracą, ale wiedziałam, że ucieka przed napiętą atmosferą. Ja zostawałam sama z teściową, która nie szczędziła mi kąśliwych uwag: „Moja koleżanka mówiła, że twoja zupa była za słona”, „Może powinnaś częściej prasować Krzyśkowi koszule?”. Czułam się jak dziecko, które nigdy nie spełni oczekiwań.
Pewnego dnia usłyszałam rozmowę przez drzwi kuchni:
– Krzysiu, ona nie pasuje do naszej rodziny. Zobaczysz, jeszcze cię zostawi.
– Mamo, proszę cię…
– Ja tylko chcę dla ciebie dobrze. Zasługujesz na kogoś lepszego.
Serce mi pękło. Przez chwilę miałam ochotę spakować walizki i wyjść bez słowa. Ale zostałam – dla dzieci, dla pozorów normalności. Każdego dnia coraz bardziej traciłam siebie.
Z czasem zaczęliśmy się z Krzyśkiem kłócić o drobiazgi: o to, kto nie wyniósł śmieci, kto zapomniał kupić mleko. Ale tak naprawdę kłóciliśmy się o coś więcej – o to, kto ma prawo decydować o naszym życiu. On był rozdarty między mną a matką; ja czułam się zdradzona przez oboje.
Pewnego wieczoru usiadłam przy stole i napisałam list do Krzyśka:
„Nie poznaję siebie w tym domu. Każdego dnia czuję się coraz bardziej samotna. Nie wiem już, czy to jest nasze życie, czy tylko spełnianie cudzych oczekiwań.”
Nie miałam odwagi mu go dać. Schowałam list do szuflady i płakałam całą noc.
Następnego dnia teściowa zaprosiła do nas swoją siostrę i zaczęły rozmawiać o mnie tak głośno, żebym słyszała:
– Wiesz, ona nawet nie umie dobrze ugotować rosołu. A Krzysiek taki chudy ostatnio…
– Może powinna wrócić do siebie na jakiś czas? – odpowiedziała ciotka.
Wtedy coś we mnie pękło. Wybiegłam z domu i poszłam przed siebie. Szłam polną drogą, aż dotarłam do starego mostu nad rzeką. Stałam tam długo, patrząc na wodę i zastanawiając się, jak bardzo można się pogubić w życiu.
Wieczorem wróciłam do domu. Krzysiek czekał na mnie w kuchni.
– Gdzie byłaś? Martwiłem się!
– A ty? Czy ty w ogóle jeszcze mnie widzisz? Czy tylko swoją matkę?
Milczał długo.
– Nie wiem już, co robić…
Wtedy powiedziałam mu wszystko: o tym, jak bardzo mnie rani zachowanie jego matki, jak czuję się niewidzialna i niekochana. Po raz pierwszy od miesięcy rozmawialiśmy szczerze. Krzysiek obiecał porozmawiać z mamą.
Ale pani Halina nie zamierzała odpuścić. Następnego dnia urządziła awanturę:
– To ja wam dałam ten dom! To ja poświęciłam życie dla rodziny! A ty chcesz mnie wyrzucić?!
Krzysiek próbował ją uspokoić, ale ona płakała i krzyczała na zmianę. W końcu wybiegła z domu i przez kilka dni nie dawała znaku życia. Wszyscy sąsiedzi wiedzieli już o naszym konflikcie.
Od tamtej pory nic już nie było takie samo. Krzysiek stał się zamknięty w sobie; ja coraz częściej myślałam o wyprowadzce. Dzieci pytały: „Mamo, dlaczego babcia jest smutna?”
Czasem zastanawiam się, czy można było tego uniknąć. Czy gdybym była silniejsza i powiedziała „nie” na samym początku, nasze życie wyglądałoby inaczej? Czy rodzina to naprawdę miejsce wsparcia – czy raczej pole bitwy o władzę i kontrolę?
Dziś siedzę przy oknie i patrzę na ogród, który miał być naszym azylem. Zamiast tego stał się więzieniem.
Czy można jeszcze odbudować zaufanie po tylu ranach? Czy warto walczyć o rodzinę za wszelką cenę – nawet jeśli oznacza to rezygnację z samej siebie?