Trzy rzeczy, które przygnębiają na starość – i żydowska mądrość mojej babci, która zmieniła moje życie
– Mamo, nie możesz tak ciągle siedzieć w domu! – głos mojej córki, Magdy, odbił się echem w pustym salonie. Patrzyłam na nią zza okularów, czując jak w gardle rośnie mi gula. Miała rację. Od śmierci mojego męża, Zbyszka, minęły już trzy lata, a ja coraz bardziej zamykałam się w sobie. Każdy dzień wyglądał tak samo: kawa, krótki spacer do sklepu, telewizja, wspomnienia. I coraz mniej rozmów z kimkolwiek.
– A po co mam wychodzić? – odpowiedziałam z rezygnacją. – Nikogo już nie obchodzę. Dzieci mają swoje życie, wnuki mnie nie znają. Po co mam się narzucać?
Magda westchnęła ciężko. – Mamo, nie możesz tak myśleć. Przecież jesteśmy rodziną.
Ale czy naprawdę? Odkąd dzieci wyfrunęły z domu, a potem Zbyszek odszedł, czułam się jak niepotrzebny mebel. Samotność była pierwszą rzeczą, która przygniotła mnie na starość. Druga – poczucie bezużyteczności. Przez całe życie byłam nauczycielką polskiego w liceum. Uczyłam dzieciaki, rozmawiałam z nimi o literaturze i życiu. Teraz nikt mnie nie pytał o radę. Nawet własne wnuki wolały siedzieć z nosami w telefonach.
Trzecia rzecz to żal za utraconym czasem. Ile razy powtarzałam sobie: „Jeszcze zdążę pojechać nad morze”, „Jeszcze nauczę się włoskiego”, „Jeszcze pogadam szczerze z synem”. Ale czas minął. Syn wyjechał do Anglii i rzadko dzwonił. Z Magdą widywałam się tylko przy okazji świąt.
Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam sama przy stole, przypomniałam sobie słowa mojej babci Sary. Była Żydówką z Krakowa, przeżyła wojnę i zawsze powtarzała: „Nie płacz nad tym, czego nie możesz zmienić. Lepiej zrób coś dziś, żeby jutro było mniej smutku”.
Te słowa wróciły do mnie jak bumerang. Wstałam od stołu i zaczęłam szukać starych zdjęć babci. Na jednym z nich była młoda, uśmiechnięta kobieta z chustką na głowie i błyskiem w oku. Przetrwała getto, straciła rodzinę, ale nigdy nie pozwoliła sobie na rozpacz. Zawsze powtarzała: „Każdy dzień to nowa szansa”.
Następnego dnia postanowiłam zrobić coś innego. Zamiast siedzieć w domu, poszłam do biblioteki. Tam spotkałam panią Halinę, dawną koleżankę z pracy. – O, Aniu! – zawołała radośnie. – Dawno cię nie widziałam! Co u ciebie?
Zaczęłyśmy rozmawiać o dawnych czasach, o uczniach, o życiu na emeryturze. Okazało się, że Halina prowadzi klub czytelniczy dla seniorów. Zaprosiła mnie na spotkanie.
Wróciłam do domu z książką pod pachą i dziwnym uczuciem w sercu – jakby ktoś otworzył okno w dusznym pokoju.
Na pierwszym spotkaniu klubu byłam spięta i niepewna. Ale kiedy zaczęliśmy rozmawiać o „Lalce” Prusa, poczułam się jak dawniej – potrzebna i słuchana. Po spotkaniu podeszła do mnie pani Zofia:
– Pani Aniu, tak pięknie pani opowiada! Może poprowadzi pani kolejne spotkanie?
Zgodziłam się bez namysłu. Wróciłam do domu i po raz pierwszy od lat poczułam dumę.
Z czasem zaczęłam wychodzić coraz częściej. Zapisałam się na zajęcia z włoskiego w domu kultury. Poznałam tam pana Stefana – wdowca po przejściach, który opowiadał dowcipy i częstował domową nalewką.
Z Magdą zaczęłyśmy rozmawiać częściej – nie tylko o zakupach czy zdrowiu, ale o życiu. Pewnego dnia zapytała mnie:
– Mamo, dlaczego nigdy nie mówiłaś mi o babci Sarze?
Opowiedziałam jej całą historię – o wojnie, o getcie, o tym jak babcia nauczyła mnie przetrwać najgorsze chwile dzięki prostym zasadom: nie rozpamiętywać przeszłości, szukać sensu w codziennych drobiazgach i dzielić się tym, co dobre z innymi.
Magda słuchała ze łzami w oczach.
– Chciałabym ją poznać – powiedziała cicho.
– Myślę, że jest z nami – odpowiedziałam.
Po kilku miesiącach zauważyłam zmianę w sobie i w relacjach z rodziną. Syn zaczął dzwonić częściej – może dlatego, że przestałam narzekać i zaczęłam opowiadać mu ciekawe historie z klubu czytelniczego. Wnuki przychodziły do mnie na naleśniki i prosiły o pomoc w zadaniach domowych.
Czasem jeszcze dopada mnie smutek – szczególnie wieczorami, kiedy dom jest cichy i wspomnienia wracają ze zdwojoną siłą. Ale wtedy przypominam sobie słowa babci Sary: „Nie płacz nad tym, czego nie możesz zmienić”.
Zamiast tego pytam siebie: co mogę zrobić dziś, żeby jutro było lepiej?
Czy naprawdę musimy godzić się na samotność i żal na starość? A może wystarczy jeden krok – wyjść z domu i zacząć od nowa?