Wykluczona z wesela pasierbicy: Czy kiedykolwiek byłam częścią tej rodziny?

Stoję na zimnym korytarzu przed salą weselną, ściskając w dłoni kopertę z życzeniami i prezentem dla Julii. Słyszę śmiechy, muzykę, brzęk kieliszków. Za tymi drzwiami trwa wesele mojej pasierbicy, a ja – Katarzyna – jestem tu tylko cieniem. Przez chwilę mam ochotę zapukać, wejść i udawać, że wszystko jest w porządku. Ale przecież wiem, że nie jestem tu mile widziana.

– Przepraszam, czy pani jest z rodziny? – pyta kelnerka, która właśnie wychodzi z sali z pustą tacą.

Zawieszam wzrok na jej twarzy. Chcę odpowiedzieć: „Tak, jestem macochą Julii”, ale słowa grzęzną mi w gardle. Zamiast tego tylko kiwam głową i odwracam się w stronę okna.

Jeszcze kilka lat temu byłam przekonana, że uda mi się zbudować z tą rodziną coś prawdziwego. Kiedy poznałam Marka, był już wdowcem z dwójką dzieci. Julia miała wtedy trzynaście lat, a jej brat Michał – dziesięć. Pamiętam pierwsze spotkanie: Julia patrzyła na mnie spode łba, a Michał chował się za plecami ojca. Marek ściskał moją dłoń pod stołem, jakby chciał dodać mi otuchy.

– Daj im czas – powtarzał mi wieczorami. – Oni muszą się przyzwyczaić.

Starałam się być cierpliwa. Gotowałam ich ulubione obiady, pomagałam w lekcjach, organizowałam wspólne wyjazdy. Czasem wydawało mi się, że lody powoli topnieją – Julia zaczęła zwierzać mi się z problemów w szkole, Michał prosił o pomoc przy budowie modelu samolotu. Ale zawsze był ten mur. Niewidzialny, lecz nie do przejścia.

Najtrudniejsze były święta. Wigilie spędzaliśmy razem, ale czułam się jak gość w ich domu. Julia zawsze ustawiała dodatkowy talerz „dla mamy”, której już nie było. Marek próbował rozładować napięcie żartami, ale ja widziałam w oczach dzieci tęsknotę za kimś innym.

Z biegiem lat relacje trochę się ociepliły, ale nigdy nie stałam się dla nich kimś więcej niż „nową żoną taty”. Nawet po ślubie z Markiem nie usłyszałam od Julii słowa „mamo”. Zawsze byłam „Katarzyną”.

Dziś jest dzień jej ślubu. Dzień, który powinien być świętem całej rodziny. A ja stoję tutaj, bo nie dostałam zaproszenia na wesele. Marek próbował tłumaczyć:

– Kochanie, Julia chce mieć kameralne przyjęcie… Wiesz, tylko najbliżsi…

– Czyli kto? – zapytałam wtedy z goryczą. – Ja nie jestem najbliższą?

Nie odpowiedział. Odwrócił wzrok i wyszedł z kuchni.

Wiedziałam już wtedy, że nie chodzi o liczbę gości. Chodzi o mnie. O to, że nigdy nie byłam dla Julii rodziną.

Przez ostatnie tygodnie próbowałam sobie tłumaczyć: może to normalne? Może dzieci po stracie matki nigdy nie zaakceptują nowej kobiety u boku ojca? Ale przecież tyle razy starałam się być dla nich wsparciem…

Wspominam dzień, kiedy Julia miała poważny wypadek rowerowy. To ja siedziałam przy jej łóżku w szpitalu przez całą noc, to ja trzymałam ją za rękę podczas zabiegu. Marek był wtedy w delegacji. Po wszystkim usłyszałam tylko ciche „dziękuję”.

A potem były te wszystkie drobne gesty: wspólne pieczenie ciast na urodziny, pomoc przy wyborze sukienki na studniówkę, rozmowy o pierwszych miłościach… Czy to wszystko naprawdę nic nie znaczyło?

Nagle drzwi sali otwierają się szeroko i wychodzi Michał. Jest już dorosły, przystojny młody mężczyzna w garniturze.

– Katarzyno… – zaczyna niepewnie.

Patrzę na niego z nadzieją.

– Przepraszam cię… Julia… Ona naprawdę nie chciała cię zranić. Po prostu… Ona zawsze czuła się winna wobec mamy.

Milczę przez chwilę. Wiem, że Michał próbuje być lojalny wobec siostry i ojca.

– A ty? – pytam cicho. – Ty też uważasz mnie za obcą?

Michał spuszcza wzrok.

– Nie wiem… Ty zawsze byłaś… inna niż mama. Ale… Dziękuję ci za wszystko.

To „dziękuję” brzmi jak wyrok.

Wychodzę na zewnątrz. Wieczór jest chłodny, powietrze pachnie deszczem i kwiatami z ogrodu przy domu weselnym. Siadam na ławce i pozwalam sobie na łzy.

Przez lata żyłam złudzeniem, że można zasłużyć na miłość i akceptację ciężką pracą i dobrymi uczynkami. Ale czy rodzina to coś, co można sobie wypracować? Czy zawsze będę tylko dodatkiem do ich życia?

Nagle czuję czyjąś dłoń na ramieniu. To Marek.

– Przepraszam cię… Nie wiedziałem, że to aż tak cię zaboli – mówi cicho.

Patrzę mu w oczy i widzę w nich zmęczenie i smutek.

– Chciałam tylko być częścią waszej rodziny – szepczę.

Marek przytula mnie mocno.

– Dla mnie jesteś rodziną – mówi stanowczo.

Ale czy to wystarczy?

Patrzę na rozświetlone okna sali weselnej i zastanawiam się: ile jeszcze razy będę musiała udawać silną? Ile razy jeszcze będę musiała tłumaczyć sobie swoje miejsce w tej rodzinie?

Może są pytania, na które nigdy nie znajdziemy odpowiedzi. Może czasem trzeba pogodzić się z tym, że nie każdy dom stanie się naszym domem… Ale czy to znaczy, że powinniśmy przestać próbować?