Codziennie do kościoła: Prawdziwy powód przemiany mojego męża

— Znowu wychodzisz? — zapytałam, patrząc jak Paweł zakłada płaszcz i sięga po klucze. Była niedziela, ale od kilku tygodni codziennie powtarzał ten sam rytuał: wychodził z domu tuż po śniadaniu, mówiąc, że idzie do kościoła. — Tak, muszę się pomodlić — odpowiedział beznamiętnie, nawet na mnie nie patrząc. W jego głosie nie było czułości, którą znałam przez tyle lat. Czułam, jak coś we mnie pęka.

Jeszcze niedawno byliśmy zwyczajnym małżeństwem z dwudziestoletnim stażem. Mieszkaliśmy w niewielkim mieszkaniu na warszawskiej Pradze, wychowaliśmy dwójkę dzieci, które już wyfrunęły z gniazda. Nasze życie nie było idealne, ale było nasze. Paweł zawsze był racjonalny, nieco chłodny, ale nigdy nie był religijny. Dlatego jego nagła przemiana zaskoczyła mnie do głębi.

Na początku nawet się ucieszyłam. Pomyślałam, że może wreszcie znalazł coś, co go porusza. Może wiara pomoże mu otworzyć się na świat, na mnie? Ale z każdym dniem czułam się coraz bardziej samotna. Paweł wracał zamyślony, zamknięty w sobie. Nie rozmawialiśmy już o niczym ważnym. Każda próba rozmowy kończyła się milczeniem lub krótkim „nie teraz”.

Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie moja siostra, Marta. — Co się dzieje u was? — zapytała z troską w głosie. — Paweł wygląda na innego człowieka. Widziałam go ostatnio pod kościołem z jakąś kobietą… — urwała nagle. Zamarłam. — Z kobietą? — powtórzyłam głucho. — Może to tylko znajoma z parafii? — próbowałam się usprawiedliwić, ale w środku już wiedziałam, że coś jest nie tak.

Tej nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, a w głowie kłębiły się myśli. Czy naprawdę mogłabym stracić Pawła przez… kościół? Przez inną kobietę? Przecież zawsze byliśmy razem, nawet jeśli nie idealnie szczęśliwi.

Następnego dnia postanowiłam działać. Ubrałam się szybko i wyszłam za Pawłem, gdy tylko zamknął za sobą drzwi. Szedł szybkim krokiem w stronę kościoła św. Floriana. Schowałam się za rogiem i obserwowałam go z daleka. Po kilku minutach zobaczyłam ją: młoda kobieta o jasnych włosach, ubrana w elegancki płaszcz. Paweł uśmiechnął się do niej szeroko — uśmiechem, którego nie widziałam od miesięcy.

Serce waliło mi jak młotem. Patrzyłam, jak rozmawiają, jak Paweł dotyka jej ramienia, jak razem wchodzą do kościoła bocznym wejściem. Poczułam się zdradzona i upokorzona. Stałam tam jeszcze długo, zanim zebrałam się na odwagę, by wrócić do domu.

Wieczorem Paweł wrócił później niż zwykle. Usiadł przy stole i zaczął przeglądać gazetę, jakby nic się nie stało. — Kim jest ta kobieta? — zapytałam cicho, ledwo powstrzymując łzy. Spojrzał na mnie zaskoczony, a potem spuścił wzrok.

— To tylko znajoma… Pomagam jej w trudnej sytuacji — odpowiedział wymijająco.

— Nie kłam mi! Widziałam was razem! — krzyknęłam nagle, nie mogąc już dłużej tłumić emocji.

Paweł milczał przez długą chwilę. W końcu westchnął ciężko i powiedział: — To nie tak jak myślisz… Poznałem ją przypadkiem w kościele. Jest samotna, ma problemy rodzinne… Chciałem jej pomóc.

— A mnie? O mnie już nie myślisz? — zapytałam drżącym głosem.

— Ty masz wszystko poukładane… Ona potrzebuje wsparcia — odpowiedział cicho.

Te słowa bolały bardziej niż jakakolwiek zdrada fizyczna. Poczułam się niewidzialna, niepotrzebna. Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Paweł coraz częściej wychodził z domu, a ja zamykałam się w sypialni i płakałam po cichu.

W pracy zaczęto zauważać moją zmianę nastroju. Koleżanka z biura, Ania, zaprosiła mnie na kawę po godzinach pracy. — Co się dzieje? Wyglądasz na przygnębioną — zapytała delikatnie.

Opowiedziałam jej wszystko: o Pawle, o tej kobiecie, o moim poczuciu samotności i bezradności. Ania słuchała uważnie i w końcu powiedziała: — Może powinnaś porozmawiać z kimś jeszcze? Może z psychologiem?

Początkowo wzbraniałam się przed tym pomysłem. Wychowałam się w przekonaniu, że rodzinne sprawy załatwia się w domu. Ale czułam, że tonę i potrzebuję pomocy.

Zadzwoniłam do poradni rodzinnej i umówiłam się na spotkanie z psychologiem. Rozmowy były trudne i bolesne, ale zaczęłam rozumieć swoje emocje i potrzeby. Zrozumiałam też, że przez lata stawiałam siebie na drugim miejscu.

Po kilku tygodniach zebrałam się na odwagę i poprosiłam Pawła o szczerą rozmowę. Spotkaliśmy się w naszej ulubionej kawiarni przy Placu Hallera — miejscu, gdzie kiedyś spędzaliśmy długie godziny na rozmowach o marzeniach.

— Paweł… Czy ty jeszcze mnie kochasz? — zapytałam prosto z mostu.

Spojrzał na mnie długo i smutno. — Nie wiem… Zgubiłem się gdzieś po drodze. Przepraszam cię za wszystko.

Wyszłam z tej kawiarni z poczuciem ulgi i smutku jednocześnie. Wiedziałam już, że muszę zadbać o siebie i swoje potrzeby.

Dziś żyjemy osobno. Paweł nadal chodzi do kościoła — może szuka tam ukojenia lub nowego początku. Ja nauczyłam się być sama ze sobą i doceniać własną wartość.

Czasem zastanawiam się: czy można naprawdę znać drugiego człowieka? Czy można przebaczyć zdradę emocjonalną? A może najważniejsze jest to, by nigdy nie zapominać o sobie?