Nowa koleżanka z pracy powiedziała, że moja żona mnie nie docenia. Zaprosiła mnie na spacer po pracy: nie spodziewałem się tego, ale postanowiłem przyjąć jej propozycję

– Michał, a ty w ogóle czujesz się doceniany przez swoją żonę? – zapytała nagle Ania, nowa koleżanka z działu analiz, kiedy siedzieliśmy razem w kuchni firmowej. Zaskoczyła mnie tym pytaniem tak bardzo, że aż rozlałem kawę na blat.

– Co? Skąd taki pomysł? – próbowałem się uśmiechnąć, ale czułem, jak coś ściska mnie w środku.

– Po prostu obserwuję cię od kilku tygodni. Wiesz, jak patrzysz na telefon, kiedy ona dzwoni? Jakbyś się bał odebrać. I zawsze wychodzisz z pracy punktualnie, ale nigdy nie wyglądasz na szczęśliwego, że wracasz do domu.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Bo przecież miała rację. Od miesięcy czułem się jak trybik w maszynie – w pracy niewidzialny, w domu zbędny. Moja żona, Kasia, od kiedy dostała awans i zaczęła pracować po godzinach, praktycznie przestała ze mną rozmawiać. Nasze wieczory to osobne światy: ona z laptopem na kanapie, ja z pilotem w ręku. Nawet nasze dzieci – Zosia i Kuba – częściej przychodzą do niej z problemami.

– Chodź ze mną dziś na spacer po pracy – powiedziała Ania cicho. – Pogadamy. O wszystkim i o niczym.

Zgodziłem się, choć sam nie wiem dlaczego. Może dlatego, że od dawna nikt nie zaprosił mnie nigdzie bezinteresownie. Może dlatego, że jej spojrzenie było szczere i ciepłe.

Po pracy poszliśmy nad Wisłę. Było chłodno, ale Ania miała termos z herbatą i dwa kubki. Rozmawialiśmy o wszystkim: o tym, jak trudno być ojcem nastolatków, o tym, jak praca potrafi wyssać z człowieka całą energię. Ania słuchała uważnie, zadawała pytania, śmiała się z moich żartów. Poczułem się… ważny.

– Wiesz, Michał – powiedziała nagle – czasem trzeba zawalczyć o siebie. O swoje szczęście. Nie możesz wiecznie być tylko dodatkiem do czyjegoś życia.

Te słowa wracały do mnie przez całą noc. Leżałem obok Kasi, która nawet nie zauważyła, że wróciłem później niż zwykle. Próbowałem zacząć rozmowę:

– Kasiu, może byśmy gdzieś wyszli w weekend?

– Nie mam czasu – mruknęła bez odrywania wzroku od ekranu.

Następnego dnia Ania znów zaproponowała spacer. Tym razem odmówiłem – miałem wyrzuty sumienia wobec żony. Ale wieczorem znów próbowałem z nią porozmawiać.

– Kasia, czy ty mnie jeszcze kochasz?

Spojrzała na mnie jak na wariata.

– O co ci chodzi? Przecież wszystko jest dobrze.

Ale nie było dobrze. Zacząłem coraz częściej myśleć o Ani. O tym, jak przy niej czuję się widziany i słyszany. W pracy szukałem jej wzroku, czekałem na jej wiadomości na firmowym komunikatorze.

W końcu Kasia zauważyła zmianę.

– Coś się dzieje? – zapytała pewnego wieczoru podejrzliwie.

– Po prostu… czuję się samotny – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

– Samotny? Przecież masz rodzinę!

– Ale nie mam ciebie – powiedziałem cicho.

Wywiązała się kłótnia. Kasia zarzuciła mi egoizm, ja jej obojętność. Dzieci słyszały wszystko zza drzwi. Następnego dnia Kuba nie chciał ze mną rozmawiać, a Zosia płakała przy śniadaniu.

W pracy Ania zauważyła mój nastrój.

– Przepraszam, jeśli namieszałam ci w głowie – powiedziała delikatnie.

– To nie twoja wina – westchnąłem. – Po prostu pierwszy raz od dawna ktoś mnie wysłuchał.

Minęły tygodnie. Z Kasią próbowaliśmy rozmawiać, nawet zapisaliśmy się na terapię dla par. Ale coś pękło na zawsze. Zrozumiałem, że nie chodzi tylko o Anię – chodzi o to, że przez lata pozwoliłem sobie zniknąć w czyimś cieniu.

Ania wyjechała do innego miasta za lepszą pracą. Zostawiła mi liścik: „Zasługujesz na szczęście. Nie bój się po nie sięgnąć”.

Dziś siedzę sam w kuchni i patrzę na zdjęcie rodziny sprzed kilku lat. Wszyscy się śmiejemy. Gdzie podziało się to szczęście? Czy można je jeszcze odzyskać? Czy warto walczyć o coś, co być może już dawno umarło?

Może czas wreszcie zawalczyć o siebie? A wy – co byście zrobili na moim miejscu?