Mąż powiedział, że nie jestem dobrą gospodynią – po rozmowie z teściową. Ta jedna rozmowa zmieniła wszystko.
– Kata, rozmawiałem z mamą i doszliśmy do wniosku, że nie jesteś dobrą gospodynią.
Te słowa uderzyły mnie jak policzek. Stałam w kuchni, w rękach miałam jeszcze mokrą ściereczkę, a na stole parowały ziemniaki. Spojrzałam na Pawła, mojego męża, który nawet nie podniósł wzroku znad telefonu. W jednej chwili poczułam, jakby cały świat się zatrzymał.
– Co proszę? – zapytałam cicho, próbując zapanować nad drżeniem głosu.
– No… mama mówiła, że kiedy ona była w twoim wieku, dom zawsze był na błysk, obiad na stole o piętnastej, dzieci czyste i grzeczne. A u nas? – wzruszył ramionami. – Często wracam i widzę bałagan, a ty jesteś zmęczona. Może powinnaś się bardziej postarać?
Zamknęłam oczy. Przez chwilę miałam ochotę rzucić wszystkim i wybiec z mieszkania. Ale zostałam. Zawsze zostawałam. Dla dzieci, dla Pawła, dla tej rodziny, którą budowałam od lat.
Wieczorem nie mogłam zasnąć. Słowa Pawła krążyły mi w głowie jak natrętne muchy. „Nie jesteś dobrą gospodynią” – powtarzałam sobie w myślach. Przypomniałam sobie wszystkie te dni, kiedy wracałam z pracy i biegłam do sklepu po zakupy, gotowałam na dwa dni do przodu, sprzątałam łazienkę po nocach, bo dzieci rozlały szampon na podłogę. Przypomniałam sobie, jak Paweł siedział wtedy przed telewizorem albo rozmawiał przez telefon z mamą.
Następnego dnia zadzwoniła teściowa.
– Katarzyno, ja tylko chcę ci pomóc – zaczęła słodkim głosem. – Może powinnaś spróbować mojego przepisu na pierogi? Albo posprzątać szafki tak, jak ja to robiłam? Wiesz, Paweł był zawsze przyzwyczajony do porządku…
Zacisnęłam zęby.
– Dziękuję za rady, pani Zofio – odpowiedziałam chłodno. – Ale radzę sobie po swojemu.
– No widzisz… – usłyszałam jeszcze w tle jej westchnienie.
Przez kolejne dni czułam się jak w klatce. Każdy okruszek na podłodze wydawał się oskarżeniem. Każda plama na bluzce córki była dowodem mojej porażki. Zaczęłam sprzątać obsesyjnie, gotować bardziej wymyślne obiady, prasować nawet skarpetki. Dzieci patrzyły na mnie ze zdziwieniem.
– Mamo, czemu jesteś taka smutna? – zapytała Hania pewnego wieczoru.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przecież robiłam to wszystko dla nich…
Pewnej soboty Paweł wrócił wcześniej z pracy. Zastał mnie przy desce do prasowania.
– Co ty robisz? – zapytał zdziwiony.
– Prasuję twoje koszule. I skarpetki. I wszystko inne – odpowiedziałam z goryczą.
– Przesadzasz…
– Przesadzam? To ty powiedziałeś, że nie jestem dobrą gospodynią! Że twoja mama była lepsza! – wybuchłam nagle. – Może powinieneś wrócić do niej!
Paweł spojrzał na mnie zaskoczony.
– Nie o to mi chodziło…
– A o co? Żebym zatraciła siebie? Żebym była taka jak twoja mama? – łzy napłynęły mi do oczu.
Wyszedł bez słowa. Zostałam sama w kuchni, otoczona stertą wyprasowanych ubrań i własnym żalem.
Wieczorem zadzwoniła moja mama.
– Kasiu, co się dzieje? Słyszę po głosie…
Nie wytrzymałam. Opowiedziałam jej wszystko: o rozmowie Pawła z teściową, o moich staraniach i poczuciu porażki.
– Kochanie – powiedziała cicho – nie pozwól im odebrać sobie siebie. Jesteś dobrą żoną i matką. Ale najpierw musisz być dobra dla siebie.
Te słowa długo we mnie pracowały. Następnego dnia spojrzałam w lustro i zobaczyłam zmęczoną kobietę z podkrążonymi oczami. Gdzie podziała się ta radosna Kasia sprzed lat?
Postanowiłam coś zmienić.
Zaczęłam od drobiazgów: pozwoliłam sobie odpocząć po pracy, poszłam z dziećmi na lody zamiast sprzątać mieszkanie na błysk. Kiedy Paweł wrócił i zobaczył lekki bałagan w salonie, skrzywił się.
– Znowu nie posprzątane?
– Byliśmy na lodach. Chcesz dołączyć następnym razem?
Spojrzał na mnie zdziwiony, ale nic nie powiedział.
Wieczorem usiadłam przy stole i napisałam list do siebie sprzed lat:
„Kasiu, pamiętaj: dom to nie muzeum. Twoja wartość nie zależy od tego, czy podłoga lśni. Jesteś ważna.”
Z czasem nauczyłam się odpuszczać. Nie zawsze było łatwo – teściowa nadal dzwoniła z radami, Paweł czasem narzekał na obiad z mrożonki. Ale ja byłam spokojniejsza. Dzieci częściej się śmiały.
Pewnego dnia Paweł usiadł obok mnie na kanapie.
– Wiesz… chyba przesadziliśmy z tymi oczekiwaniami wobec ciebie – powiedział cicho. – Przepraszam.
Spojrzałam mu w oczy i po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę.
Dziś wiem jedno: granica między miłością a poświęceniem siebie jest cienka jak pajęczyna. Każda z nas musi ją odnaleźć sama.
Czy naprawdę musimy być idealne dla innych kosztem siebie? A może czasem wystarczy być po prostu wystarczająco dobrą – dla siebie i swoich bliskich?