Mój syn tonie w długach: walka matki o dorosłe dziecko, które nie chce pomocy

— Mamo, pożyczysz mi dwie stówki? Oddam za tydzień, przysięgam — głos Bartka drżał, a ja poczułam znajome ukłucie niepokoju. Stał w progu kuchni, zgarbiony, z oczami wbitymi w podłogę. Był już dorosły, trzydziestolatek, a ja wciąż widziałam w nim chłopca, który kiedyś przynosił mi laurki na Dzień Matki.

— Bartek, to już trzeci raz w tym miesiącu. Co się dzieje? — spytałam cicho, próbując ukryć drżenie głosu. Przez chwilę milczał, potem wzruszył ramionami.

— Sprawy się pokomplikowały. Ale oddam, serio. — Unikał mojego wzroku.

Wiedziałam, że kłamie. Zawsze poznawałam to po jego oczach. Ale dałam mu te pieniądze, jak zawsze. Bo przecież matka nie zostawi dziecka w potrzebie, nawet jeśli to dziecko ma już własne zmarszczki.

Zaczęło się niewinnie. Najpierw drobne pożyczki na bilet miesięczny, potem na rachunki. Z czasem kwoty rosły, a ja coraz częściej słyszałam w słuchawce jego głos: „Mamo, ratuj”. Próbowałam rozmawiać z mężem, ale Andrzej tylko machał ręką.

— Daj mu spokój, sam się nauczy. Jak się przewróci, to się nauczy — powtarzał z uporem.

Ale ja nie umiałam patrzeć, jak Bartek się przewraca. Zaczęłam podejrzewać, że sprawa jest poważniejsza niż mówił. Pewnego dnia znalazłam w jego kurtce wezwanie do zapłaty — 3200 złotych za niespłacony kredyt w parabanku. Serce mi zamarło.

Wieczorem czekałam na niego w kuchni. Gdy wszedł, rzuciłam kopertę na stół.

— Bartek, co to jest?

Zbladł. Przez chwilę myślałam, że zemdleje.

— To nic takiego…

— Nic takiego? Synu, masz długi! Ile jeszcze przede mną ukrywasz?

Wybuchł.

— Zawsze musisz wszystko kontrolować! To moje życie!

— Ale twoje życie wpływa na nas wszystkich! — krzyknęłam przez łzy.

Wyszedł trzaskając drzwiami. Siedziałam długo przy stole, ściskając kopertę w dłoni. Czułam się bezradna i winna jednocześnie. Może to moja wina? Może za bardzo go chroniłam?

Następne tygodnie były koszmarem. Bartek unikał domu, nie odbierał telefonów. Andrzej udawał, że nic się nie dzieje. Ja chodziłam jak cień — do pracy, do sklepu, do kościoła — wszędzie z myślą o nim.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie jakaś kobieta.

— Dzień dobry, tu Anna Nowak z firmy windykacyjnej. Czy zna pani Bartosza Kowalskiego?

Zamarłam.

— To mój syn…

— Proszę przekazać mu pilnie kontakt do nas. Ma zaległości na ponad 10 tysięcy złotych.

Poczułam się jakby ktoś mnie uderzył w brzuch. 10 tysięcy? Skąd?

Wieczorem czekałam na Bartka do północy. W końcu przyszedł — pijany, rozczochrany, z podkrążonymi oczami.

— Synu…

— Nie zaczynaj — mruknął i chciał przejść obok mnie.

Zatrzymałam go.

— Bartek! Musisz mi powiedzieć prawdę! Ile masz długów?

Patrzył na mnie długo. W końcu usiadł ciężko na krześle.

— Nie wiem… Może piętnaście tysięcy… Może więcej…

Łzy same popłynęły mi po policzkach.

— Dlaczego mi nie powiedziałeś?

— Bo się wstydzę! Bo jestem zerem! — wykrzyczał i schował twarz w dłoniach.

Przytuliłam go mocno. Czułam jego drżenie i zapach alkoholu.

— Pomogę ci. Razem damy radę — wyszeptałam.

Ale to nie było takie proste. Bartek nie chciał słyszeć o terapii ani o rozmowie z doradcą finansowym. Każda próba kończyła się awanturą lub ucieczką z domu. Andrzej coraz częściej spał na kanapie i milczał całymi dniami.

W pracy zaczęto pytać mnie o zmęczenie i rozkojarzenie. Koleżanka z biura powiedziała:

— Może czas odpuścić? On jest dorosły…

Ale jak matka może odpuścić?

Któregoś dnia Bartek zniknął na trzy dni. Nie spałam wtedy ani minuty. Wyobrażałam sobie najgorsze scenariusze: wypadek, pobicie przez wierzycieli…

Wrócił wychudzony i blady.

— Mamo… Pomóż mi… — wyszeptał i rozpłakał się jak małe dziecko.

To był przełom. Razem poszliśmy do psychologa i doradcy finansowego. Bartek zaczął spisywać swoje długi i powoli je spłacać. Było ciężko — czasem miał nawroty, czasem znów prosił o pieniądze. Ale już nie kłamał.

Andrzej długo nie mógł mu wybaczyć. W domu było chłodno i cicho jak nigdy wcześniej. Czasem miałam wrażenie, że straciłam rodzinę przez tę walkę o syna.

Dziś Bartek pracuje na pół etatu i spłaca ostatnie raty zadłużenia. Nie jest idealnie — nasze relacje są pełne blizn i niedopowiedzeń. Ale przynajmniej rozmawiamy szczerze.

Często pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy za bardzo go chroniłam? A może powinnam była pozwolić mu upaść wcześniej?

Czy naprawdę można uratować dorosłe dziecko przed nim samym? Co wy byście zrobili na moim miejscu?