„To ja złożyłam pozew o rozwód. Chcę wreszcie żyć swoim życiem.” – Historia Barbary z Krakowa

– Naprawdę to robisz, mamo? – głos Magdy drżał, a jej oczy były pełne łez i gniewu. Stała w progu kuchni, ściskając w dłoniach kubek z herbatą, jakby to była jedyna rzecz, która trzyma ją jeszcze w pionie.

Patrzyłam na nią, czując, jak moje serce rozdziera się na kawałki. W głowie miałam tysiące myśli, a każda z nich była cięższa od poprzedniej. Czy naprawdę jestem taką egoistką? Czy po czterdziestu latach poświęceń nie zasługuję na odrobinę spokoju?

– Tak, Magdo. Złożyłam pozew o rozwód – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Nie mogę już dłużej żyć w kłamstwie.

Magda odwróciła wzrok. Widziałam, jak walczy ze sobą, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie mogła znaleźć słów. W końcu rzuciła kubek do zlewu z takim impetem, że aż podskoczyłam.

– A tata? Co z nim? Myślisz tylko o sobie! – krzyknęła i wybiegła z kuchni.

Zostałam sama. Siedziałam przy stole, patrząc na ślady po herbacie na obrusie. Przez okno wpadało blade światło listopadowego popołudnia. Kraków był szary i mokry, a ja czułam się tak samo – szara i przemoczona od środka.

Mój mąż, Andrzej, wracał do domu późno. Od lat byliśmy sobie obcy. Rozmawialiśmy tylko o rachunkach, zakupach i pogodzie. Czasem miałam wrażenie, że jestem dla niego przezroczysta. Kiedyś próbowałam jeszcze walczyć – o rozmowę, o bliskość, o wspólne plany. Ale on zawsze miał coś ważniejszego: pracę, telewizor, gazetę. Z czasem przestałam próbować.

Pamiętam dzień, w którym poczułam, że już nie mogę. To był zwykły wieczór. Siedzieliśmy przy stole, jedliśmy kolację w milczeniu. Andrzej nawet na mnie nie spojrzał. Wtedy dotarło do mnie, że nie chcę tak żyć do końca swoich dni.

– Barbara, gdzie są moje skarpetki? – zapytał kiedyś z irytacją.

– Tam, gdzie zawsze – odpowiedziałam zmęczonym głosem.

– Ty nigdy nic nie możesz zrobić porządnie – burknął pod nosem.

To była kropla, która przelała czarę goryczy. Przez lata słyszałam podobne uwagi: „Za słona zupa”, „Za głośno trzaskasz drzwiami”, „Za dużo wydajesz na siebie”. Zawsze byłam „za”. Za bardzo się starałam, za bardzo kochałam, za bardzo chciałam być dobrą żoną i matką.

Kiedy powiedziałam Andrzejowi o rozwodzie, spojrzał na mnie jak na wariatkę.

– Zwariowałaś? Po tylu latach? Co ludzie powiedzą? – wycedził przez zęby.

– Nie obchodzi mnie to – odpowiedziałam spokojnie. – Już mnie nic nie obchodzi.

Przez kilka dni chodził po domu jak cień. Nie rozmawialiśmy ze sobą prawie wcale. Magda próbowała nas pogodzić, dzwoniła do mnie codziennie:

– Mamo, proszę cię… On sobie nie poradzi bez ciebie.

Ale czy ktoś kiedyś zapytał mnie, czy ja sobie radzę?

W pracy nikt nie wiedział o mojej decyzji. Pracowałam jako księgowa w małej firmie transportowej na Podgórzu. Każdego dnia zakładałam maskę uśmiechu i udawałam, że wszystko jest w porządku. Ale wewnątrz czułam się jak rozbity dzbanek – posklejana na siłę, pełna pęknięć.

Najtrudniejsze były wieczory. Siadałam sama w salonie i słuchałam ciszy. Czasem płakałam bez powodu. Czasem wyobrażałam sobie życie gdzie indziej – może nad morzem? Może w małym mieszkaniu na Kazimierzu?

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja siostra, Zofia.

– Basia… Ty naprawdę to robisz? – jej głos był pełen niedowierzania.

– Tak, Zośka. Nie mogę już dłużej udawać.

– Ale co powiesz rodzinie? Przecież wszyscy będą gadać!

– Niech gadają. Ja już nie chcę żyć dla innych.

Wiedziałam, że czeka mnie piekło plotek i szeptów za plecami. W naszej rodzinie rozwód to był temat tabu. Moja mama zawsze powtarzała: „Co Bóg złączył…”. Ale ja już nie wierzyłam w takie frazesy.

Najbardziej bolała mnie reakcja Magdy. Moja jedyna córka, moje oczko w głowie. Zawsze byłam dla niej podporą – pomagałam przy wnukach, gotowałam obiady, słuchałam jej problemów z mężem. A teraz ona patrzyła na mnie jak na zdrajczynię.

– Mamo… Ja cię nie poznaję – powiedziała pewnego dnia przez telefon.

– Może nigdy mnie nie znałaś – odpowiedziałam cicho.

Przez kilka tygodni żyliśmy jak obcy ludzie. Andrzej przestał się do mnie odzywać zupełnie. Magda przestała przyjeżdżać z wnukami. Czułam się jak trędowata we własnym domu.

Ale pewnego ranka obudziłam się i poczułam… ulgę. Po raz pierwszy od lat nie bolał mnie żołądek ze stresu. Usiadłam przy oknie z kawą i patrzyłam na ludzi spieszących do pracy. Pomyślałam: „Może jeszcze nie jest za późno?”

Zaczęłam chodzić na spacery po Plantach. Zapisałam się na zajęcia jogi dla seniorów w domu kultury na Dębnikach. Poznałam tam kilka kobiet w podobnej sytuacji – wszystkie miały swoje historie o niespełnionych marzeniach i cichym cierpieniu.

Jedna z nich, Teresa, powiedziała mi kiedyś:

– Basia, życie jest jedno. Nie warto go przeżyć tylko dla innych.

Te słowa zapadły mi głęboko w serce.

Po kilku miesiącach Magda zadzwoniła do mnie niespodziewanie:

– Mamo… Przepraszam. Chyba zaczynam cię rozumieć.

Popłakałyśmy się obie przez telefon. Wiedziałam wtedy, że choć straciłam wiele, odzyskałam siebie.

Nie wiem jeszcze, co przyniesie przyszłość. Może będę samotna do końca życia? Może znajdę jeszcze kogoś bliskiego? Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę sobie odebrać prawa do szczęścia.

Czy naprawdę egoizmem jest chcieć być szczęśliwą? Ile lat życia trzeba poświęcić innym, by zasłużyć na własne marzenia?