Zostałam sama z noworodkiem, bo mąż wybrał wyjazd – historia o samotności, zdradzie i sile, której nie znałam
Zacznę od końca: kiedy usłyszałam trzask zamykanych drzwi i zobaczyłam przez okno, jak mój mąż ciągnie walizkę po klatce schodowej, miałam ochotę krzyczeć. Ale nie mogłam – na rękach spała moja kilkudniowa córeczka, Zosia. Byłam sama. Sama z bólem po cesarce, z lękiem przed każdym nowym dniem i z niemym pytaniem: „Dlaczego on to zrobił?”
Nazywam się Marta Nowicka. Mam 27 lat, mieszkam w bloku na warszawskim Ursynowie. Zawsze byłam tą „ogarniętą”, która wszystkim pomaga, wszystko załatwi, wszystko zniesie. Ale tego nie przewidziałam.
Mój mąż – Paweł – był moją pierwszą wielką miłością. Poznaliśmy się na studiach, on studiował informatykę, ja pedagogikę. Był czuły, zabawny, miał w sobie coś z chłopca i coś z mężczyzny. Wzięliśmy ślub po trzech latach. Rodzina Pawła była zachwycona: „Wreszcie ktoś go ustawi!” – śmiała się jego matka, pani Grażyna. Moja mama, Teresa, była bardziej sceptyczna: „On jest za wygodny, Martuś. Ty będziesz ciągnąć ten wózek sama.”
Nie słuchałam jej. Wierzyłam w nas.
Ciąża była trudna – mdłości, bóle pleców, strach przed porodem. Paweł był obecny… do czasu. Im bliżej terminu, tym częściej znikał w pracy albo z kolegami na piwie. Tłumaczyłam go: „Stresuje się”, „Nie wie, jak się zachować”.
Poród był dramatem. Cesarka w nocy, komplikacje, strach o Zosię. Kiedy wróciłam do domu po pięciu dniach w szpitalu, marzyłam tylko o jednym: żeby Paweł był przy mnie. Żeby zapytał: „Jak się czujesz?” Żeby przytulił.
Zamiast tego usłyszałam:
– Marta, muszę wyjechać na kilka dni do Gdańska. Służbowo. Szef mnie prosił.
Patrzyłam na niego jak na obcego człowieka.
– Paweł… ja ledwo chodzę. Zosia budzi się co godzinę. Nie możesz…
Wzruszył ramionami.
– Przecież twoja mama może przyjść. Albo zamów sobie opiekunkę. Ja muszę jechać.
Nie pytał. Oznajmił. Spakował się w godzinę i wyszedł.
Zadzwoniłam do mamy:
– Mamo… Paweł wyjechał.
– Jak to wyjechał?!
– Do Gdańska. Służbowo.
– Teraz?! On chyba zwariował!
Mama przyjechała tego samego dnia z termosami rosołu i torbą pampersów. Była wściekła:
– Mówiłam ci! On zawsze ucieka od odpowiedzialności!
Ale ja nie chciałam słuchać jej narzekań. Chciałam tylko spać.
Przez pierwsze dni żyłam jak w malignie. Zosia płakała non stop, ja płakałam razem z nią. Rany po cesarce bolały tak bardzo, że czasem nie mogłam podnieść dziecka z łóżeczka. Mama pomagała ile mogła, ale musiała wracać do pracy.
Paweł dzwonił wieczorami:
– Jak tam?
– Źle.
– No ale co takiego się dzieje?
– Nie radzę sobie…
– Przesadzasz. Inne kobiety jakoś dają radę.
Te słowa bolały bardziej niż rana po operacji.
Po tygodniu dostałam zdjęcie Pawła na Messengerze: siedzi w restauracji nad Motławą z kieliszkiem wina.
„Służbowy obiad” – napisał.
Wtedy coś we mnie pękło.
Zadzwoniłam do niego:
– Paweł… czy ty mnie jeszcze kochasz?
Cisza.
– Nie wiem, Marta… Jestem zmęczony tym wszystkim.
– Czym? Że masz dziecko? Że masz żonę?
– Ty jesteś wiecznie niezadowolona! Ciągle tylko narzekasz!
Rozłączył się.
Wieczorem przyszła moja siostra Anka:
– Marta… on cię zostawił?
– Nie wiem…
– Przecież on zawsze był egoistą! Pamiętasz, jak na twoich urodzinach wyszedł grać w gry komputerowe?
Nie chciałam tego słuchać. Broniłam go nawet wtedy, gdy nie było już czego bronić.
Po dwóch tygodniach Paweł wrócił. Pachniał drogimi perfumami i miał nową koszulę.
– I jak tam? – zapytał bez cienia skruchy.
– Jak myślisz? – odpowiedziałam drżącym głosem.
– No przecież żyjecie…
Wtedy wybuchłam:
– Ty chyba nie rozumiesz! Ja tu umieram ze zmęczenia! Nie śpię po nocach! Boję się o Zosię! A ty sobie jeździsz nad morze!
Wzruszył ramionami:
– Przesadzasz…
Tego wieczoru pokłóciliśmy się tak bardzo, że sąsiedzi stukali w ścianę. Krzyczałam:
– Jesteś tchórzem! Zostawiłeś mnie wtedy, kiedy najbardziej cię potrzebowałam!
On rzucił:
– Może powinnaś pójść do psychiatry!
Po tej kłótni przestałam z nim rozmawiać. Przez kolejne dni był w domu ciałem, ale duchem gdzie indziej – zamykał się w pokoju z laptopem albo wychodził „na spacer”.
Teściowa zadzwoniła:
– Marto… Paweł mówił mi, że jesteś bardzo nerwowa po porodzie. Może powinnaś odpocząć?
– Odpocząć?! Kiedy?!
– No przecież on pracuje…
Poczułam się jak wariatka.
Pewnego dnia znalazłam na jego telefonie wiadomości do jakiejś kobiety – „Kochanie”, „Tęsknię”…
Serce mi stanęło.
Zapytałam:
– Kim jest Magda?
Zbladł.
– Koleżanka z pracy…
– Koleżanka? To czemu piszesz jej takie rzeczy?
Milczał długo.
W końcu powiedział:
– Nie wiem, co się ze mną dzieje…
Wtedy już wiedziałam: jestem sama naprawdę.
Przez kolejne tygodnie walczyłam o każdy dzień. Mama przyjeżdżała co drugi dzień, Anka zabierała Zosię na spacer żebym mogła się wykąpać albo przespać godzinę bez lęku. Ale najgorsza była samotność nocą – kiedy Zosia płakała a ja płakałam razem z nią i nikt nie przytulał mnie mówiąc: „Dasz radę”.
Paweł coraz częściej znikał z domu pod pretekstem pracy lub spotkań służbowych. W końcu powiedziałam mu:
– Jeśli chcesz odejść – odejdź teraz. Nie będę błagać cię o miłość.
On tylko wzruszył ramionami:
– Może tak będzie lepiej dla wszystkich…
Wyprowadził się tydzień później do matki.
Zostałam sama z niemowlakiem i tysiącem pytań bez odpowiedzi: czy to ja zawiniłam? Czy mogłam być lepszą żoną? Czy każda kobieta musi przez to przechodzić?
Minęły trzy miesiące odkąd Paweł odszedł. Dziś wiem jedno: przetrwałam coś, co wydawało mi się nie do przeżycia. Każdego dnia jestem silniejsza – dla siebie i dla Zosi.
Czasem patrzę na nią i myślę: „Może lepiej być samą niż z kimś, kto nie potrafi kochać?”
A wy? Czy samotność jest zawsze porażką? Czy może początkiem czegoś nowego?