Codziennie gotuję dla Piotra. Kiedy wreszcie będzie dość? Moja opowieść o zmęczeniu, miłości i granicach
— Znowu to samo? — Piotr zrzuca widelec na talerz, a ja czuję, jak serce mi zamiera. — Przecież mówiłem, że nie lubię odgrzewanych rzeczy.
Stoję w kuchni, dłonie mam jeszcze mokre od mycia garnków. W powietrzu unosi się zapach wczorajszej zupy pomidorowej, którą miałam nadzieję podać dzisiaj na kolację. Przecież jest świeża, ledwo dzień minął! Ale dla Piotra to już nie to samo. Dla niego liczy się tylko to, co właśnie zdjęte z ognia.
— Piotrze, nie miałam czasu… Pracowałam do późna, dzieci miały zajęcia dodatkowe… — próbuję tłumaczyć, ale on już nie słucha. Wstaje od stołu, marszczy brwi i wychodzi do salonu. Słyszę, jak włącza telewizor. Czuję się niewidzialna.
Mam na imię Zuzanna. Mam 38 lat, dwójkę dzieci — Olę i Michała — i męża, który od lat nie je niczego, co nie jest świeżo przygotowane. Kiedyś myślałam, że to urocze: dbałość o smak, o tradycję. Dziś czuję się jak kucharka na etacie bez urlopu.
Każdego ranka wstaję przed wszystkimi. Smażę jajecznicę, gotuję owsiankę, czasem naleśniki. Piotr lubi różnorodność. Dzieci marudzą, że wolą płatki z mlekiem, ale Piotr uważa, że śniadanie musi być ciepłe i pożywne. Potem biegiem do pracy — jestem nauczycielką w podstawówce. Po lekcjach zakupy, odebranie dzieci z zajęć, szybki powrót do domu.
Czasem marzę o tym, żeby po prostu zamówić pizzę albo podać wszystkim kanapki. Ale wtedy słyszę: — Zuzia, przecież to nie jest prawdziwy obiad! — i czuję się winna. Jakbym zawiodła jako żona i matka.
Moja mama mówiła mi kiedyś: „Zuzanno, nie pozwól sobie wejść na głowę.” Ale ja chciałam być idealna. Chciałam mieć dom pachnący obiadem, dzieci zadowolone i męża dumnie opowiadającego kolegom: „Moja żona gotuje jak nikt inny.” Tylko że nikt nie pytał mnie, czy ja tego chcę.
Wczoraj wieczorem Ola zapytała:
— Mamo, dlaczego tata nigdy nie gotuje?
Zatkało mnie. Michał dodał:
— A czemu nie możemy jeść tego samego dwa dni pod rząd? U babci tak jest i jest fajnie.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo jak powiedzieć dzieciom, że ich tata ma swoje zasady i nie zamierza ich zmieniać?
Wieczorem próbowałam porozmawiać z Piotrem.
— Może moglibyśmy czasem zjeść coś prostszego? Albo podgrzać to, co zostało?
Spojrzał na mnie jak na obcą osobę.
— Zuzia, przecież wiesz, że nie lubię odgrzewanych rzeczy. Poza tym ty zawsze tak dobrze gotujesz… Nie rozumiem, o co ci chodzi.
— Chodzi o to, że jestem zmęczona! — wybuchłam. — Nie mam już siły codziennie wymyślać nowych dań!
Piotr wzruszył ramionami.
— Przesadzasz. Inne kobiety jakoś dają radę.
Te słowa bolały najbardziej. „Inne kobiety…” Czyli ja jestem gorsza? Czy naprawdę tylko ja czuję się czasem jak niewolnica własnej kuchni?
W pracy coraz częściej łapię się na tym, że jestem rozkojarzona. Uczniowie pytają:
— Pani Zuzanno, wszystko w porządku?
Uśmiecham się sztucznie i mówię:
— Tak, wszystko dobrze.
Ale nie jest dobrze.
W sobotę odwiedziła mnie moja siostra Ania. Siedziałyśmy przy kawie w kuchni.
— Zuzka, wyglądasz na wykończoną. Co się dzieje?
Opowiedziałam jej wszystko. O codziennym gotowaniu, o Piotrze i jego wymaganiach.
Ania pokręciła głową.
— Musisz postawić granice. On się nie zmieni, jeśli mu na to pozwalasz.
Popłakałam się. Bo wiem, że ma rację. Ale jak powiedzieć komuś po tylu latach: „Dość”?
Wieczorem postanowiłam spróbować jeszcze raz.
— Piotrze, musimy porozmawiać.
Westchnął ciężko i spojrzał na mnie znad gazety.
— O czym znowu?
— O nas. O tym, że nie dam już rady codziennie gotować nowych dań. Potrzebuję pomocy albo chociaż zrozumienia.
Milczał przez chwilę.
— To co proponujesz?
— Może raz w tygodniu ty coś ugotujesz? Albo zjemy coś prostego? Albo po prostu podgrzejemy resztki?
Piotr skrzywił się.
— Nie wiem… To dla mnie trudne.
Poczułam złość i smutek jednocześnie.
— A dla mnie nie jest trudne codziennie stać przy garach po pracy?
Wstałam od stołu i wyszłam do sypialni. Po raz pierwszy od dawna zostawiłam go samego z kolacją do podgrzania.
Następnego dnia Piotr był cichy. Sam zrobił sobie kanapki na śniadanie. Dzieci patrzyły na mnie zaskoczone.
Wieczorem przyszedł do mnie do pokoju.
— Przepraszam — powiedział cicho. — Nie wiedziałem, że aż tak ci ciężko.
Poczułam ulgę i żal jednocześnie.
— Chciałabym czasem poczuć się ważna nie tylko jako kucharka — wyszeptałam.
Piotr przytulił mnie niezgrabnie.
Nie wiem jeszcze, czy coś się zmieni. Ale wiem jedno: muszę walczyć o siebie.
Czasem patrzę w lustro i pytam samą siebie: „Czy naprawdę muszę poświęcać wszystko dla innych? Czy ktoś kiedyś zapyta mnie: 'A czego ty chcesz?'”