Moja córka, nieznajoma: Jak odkryłam, że wychowywałam nie swoje dziecko
— Mamo, dlaczego płaczesz? — zapytała mnie Julia, patrząc na mnie wielkimi, zaniepokojonymi oczami. Stałam w kuchni, z dłonią zaciśniętą na krawędzi blatu, a łzy spływały mi po policzkach. Nie wiedziałam, jak jej powiedzieć, że świat, który znałyśmy przez czternaście lat, właśnie się skończył.
Wszystko zaczęło się kilka tygodni wcześniej. Otrzymaliśmy z mężem, Piotrem, telefon z ośrodka adopcyjnego. Szukali rodziny zastępczej dla piętnastoletniej dziewczyny — Zosi. Byliśmy już po czterdziestce, Julia dorastała, a my czuliśmy, że możemy jeszcze komuś pomóc. Zgłosiliśmy się bez wahania.
Pierwsze spotkanie z Zosią było dziwne. Miała ciemne włosy i oczy tak podobne do moich, że aż mnie zmroziło. Była nieufna, zamknięta w sobie. Przez cały czas patrzyła na mnie spod byka i odpowiadała półsłówkami. Piotr próbował żartować, ale ona tylko wzruszała ramionami.
— Nie wiem, po co tu jestem — mruknęła w końcu. — I tak nikt mnie nie chce.
— My chcemy — odpowiedziałam cicho. — Chcemy cię poznać.
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, jak bardzo te słowa okażą się prawdziwe.
Zosia zamieszkała z nami dwa tygodnie później. Julia była podekscytowana — w końcu miała „siostrę”. Ale szybko okazało się, że życie pod jednym dachem z nastolatką po przejściach to nie bajka. Kłótnie o łazienkę, o muzykę, o wszystko. Zosia była wybuchowa, zamknięta w sobie i często znikała na całe godziny bez słowa.
Pewnego dnia znalazłam ją płaczącą w swoim pokoju. Usiadłam obok niej na łóżku.
— Co się stało?
— Nic — odpowiedziała przez zaciśnięte zęby.
— Zosia…
— Nikt mnie nie chce! Nawet własna matka mnie oddała! — wykrzyczała nagle i schowała twarz w dłoniach.
Objęłam ją ostrożnie. Poczułam wtedy coś dziwnego — jakby znajome ciepło. Przez chwilę miałam wrażenie, że przytulam własne dziecko.
Kilka dni później zadzwonił telefon. To był lekarz ze szpitala wojewódzkiego w Lublinie.
— Pani Marto… Musimy się spotkać. To bardzo ważne.
Pojechałam tam sama. W gabinecie czekał na mnie ordynator oraz kobieta z administracji.
— Pani Marto… W wyniku rutynowej kontroli dokumentacji sprzed piętnastu lat odkryliśmy błąd…
Słuchałam ich słów jak przez mgłę. Zamiana dzieci na oddziale noworodkowym. Dwie dziewczynki urodzone tego samego dnia. Jedna z nich to Julia… a druga to Zosia.
— To niemożliwe — wyszeptałam. — To jakiś żart?
Pokazali mi wyniki testów DNA. Wszystko się zgadzało. Julia nie była moją biologiczną córką. Zosia była.
Wróciłam do domu roztrzęsiona. Piotr próbował mnie uspokoić, ale ja tylko płakałam i powtarzałam: „To nie może być prawda”.
Najgorsze było powiedzieć to Julii i Zosi.
— Jesteś moją córką — powiedziałam do Zosi drżącym głosem. — Zamieniono was w szpitalu…
Zosia patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Julia zaczęła krzyczeć:
— To jakiś koszmar! Nie chcę tego słuchać!
Przez kolejne tygodnie żyliśmy jak w zawieszeniu. Julia zamknęła się w sobie, przestała ze mną rozmawiać. Zosia była jeszcze bardziej wycofana niż wcześniej. Piotr próbował jakoś nas wszystkich pogodzić, ale sam był zagubiony.
W końcu przyszła pora na spotkanie z rodziną Zosi — tą, która wychowywała ją przez piętnaście lat. Spotkaliśmy się w kawiarni na Krakowskim Przedmieściu. Matka Zosi — pani Teresa — była blada jak ściana.
— Jak mamy teraz żyć? — zapytała cicho.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Czy powinniśmy „wymienić” dzieci? Czy zostawić wszystko tak, jak jest? Każda decyzja wydawała się niesprawiedliwa wobec którejkolwiek z dziewczynek.
Julia zaczęła chodzić do psychologa szkolnego. Przestała mówić do mnie „mamo”. Bolało mnie to bardziej niż wszystko inne.
Zosia powoli zaczęła się otwierać. Pewnego wieczoru przyszła do mnie do kuchni i zapytała:
— Czy gdybyś wiedziała od początku… kochałabyś mnie tak samo?
Objęłam ją mocno.
— Kocham cię teraz i zawsze będę cię kochać.
Ale czy to wystarczy?
Minęły miesiące pełne łez i rozmów do późnej nocy. Uczyliśmy się siebie na nowo. Julia coraz częściej wracała do domu na noc, choć nadal była chłodna i zdystansowana wobec mnie.
Czasem patrzę na zdjęcia sprzed lat i zastanawiam się: czy mogłam coś zauważyć wcześniej? Czy jestem złą matką? Czy można kochać dziecko nie dlatego, że jest twoje biologicznie, ale dlatego, że po prostu jest twoje?
Dziś wiem jedno: rodzina to coś więcej niż geny i nazwisko w dowodzie osobistym. Ale czy potrafilibyście wybaczyć taki błąd? Czy można pokochać nieznajomą jak własne dziecko?