Niewybaczalny Czyn: Moja Droga do Rozwodu i Odzyskania Siebie

– Podpisz to, Piotrze. Proszę cię, nie rób tego trudniejszym, niż już jest – mój głos drżał, choć starałam się brzmieć stanowczo. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy naszym starym dębowym stole, tym samym, przy którym przez lata śmialiśmy się z dzieciakami i planowaliśmy wakacje. Teraz między nami leżały papiery rozwodowe, a w powietrzu unosił się zapach kawy i czegoś nieodwracalnego.

Piotr patrzył na mnie z rozpaczą w oczach. – Lidia, błagam cię… Przecież to był tylko jeden raz. To nic nie znaczyło. My… my mamy rodzinę! – jego głos załamał się na ostatnim słowie.

Zacisnęłam dłonie na kubku tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. W głowie dudniło mi jedno zdanie: „To był tylko jeden raz”. Jakby to miało cokolwiek zmienić. Jakby zdrada była czymś, co można wymazać jednym przepraszam.

Nie spałam całą noc. Wpatrywałam się w sufit naszej sypialni, słuchając jego spokojnego oddechu. Zastanawiałam się, kiedy przestałam być dla niego ważna. Czy to wtedy, gdy wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim? Czy wtedy, gdy zaczęłam częściej wychodzić z koleżankami na jogę? A może po prostu przestał mnie kochać?

Pamiętam dzień, w którym dowiedziałam się prawdy. Był piątek, dzieci nocowały u mojej mamy. Piotr wrócił późno, pachniał damskimi perfumami. Zapytałam wprost. Nie zaprzeczył. Przez chwilę miałam nadzieję, że powie coś, co sprawi, że uwierzę w jego niewinność. Ale on tylko spuścił wzrok i powiedział: „Przepraszam”.

Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Każda rozmowa była jak pole minowe. Dzieci wyczuwały napięcie, choć staraliśmy się udawać normalność. Najgorsze były wieczory – cisza między nami była głośniejsza niż jakiekolwiek krzyki.

Moja mama powtarzała: „Lidka, każdy facet czasem zbłądzi. Ważne, żeby umiał wrócić”. Ale ja nie chciałam już być tą, do której się wraca po zdradzie. Chciałam być kimś więcej niż tylko bezpieczną przystanią.

Przyjaciółka Anka próbowała mnie przekonać: – Może spróbujecie terapii? Dla dzieci…

Ale ja wiedziałam, że nie potrafię już patrzeć na Piotra tak jak dawniej. Każdy jego gest wydawał mi się fałszywy. Każde „kocham cię” brzmiało jak kpina.

Najtrudniej było powiedzieć dzieciom. Siedzieliśmy razem na kanapie – ja, Piotr i nasze dwie córki: Zosia (8 lat) i Marysia (5 lat). Zosia patrzyła na mnie wielkimi oczami.

– Mamusiu, czy wy się już nie kochacie?

Łzy napłynęły mi do oczu. – Kochamy cię bardzo, kochanie. Ale czasem dorośli muszą się rozstać.

Marysia wtuliła się we mnie i zaczęła płakać. Piotr próbował ją przytulić, ale odsunęła się od niego. Wtedy zobaczyłam w jego oczach coś nowego – strach.

Rozwód ciągnął się miesiącami. Każda rozprawa była jak rozdrapywanie świeżej rany. Piotr próbował mnie przekonać do wycofania pozwu:

– Lidia, przecież byliśmy szczęśliwi! Nie pamiętasz tych wszystkich wspólnych chwil? Naszego pierwszego mieszkania na Pradze? Pierwszych wakacji nad morzem?

Pamiętałam wszystko aż za dobrze. Ale pamiętałam też ten piątkowy wieczór i ból, który wtedy poczułam.

W pracy udawałam twardą. Koleżanki patrzyły na mnie z litością albo ciekawością. Kiedyś usłyszałam na korytarzu:

– Wiesz, że Lidia się rozwodzi? Podobno mąż ją zdradził…

Czułam się jak bohaterka taniego serialu. Ale to było moje życie.

Najgorsze były święta. Dzieliliśmy się opieką nad dziećmi – Wigilia u mnie, pierwszy dzień świąt u Piotra. Zosia płakała przy stole:

– Dlaczego nie możemy być razem jak dawniej?

Nie umiałam jej odpowiedzieć.

Po rozwodzie długo nie mogłam odnaleźć siebie. Każdy dzień był walką – o normalność dla dzieci, o spokój ducha dla siebie. Często płakałam w nocy, żeby dziewczynki nie widziały.

Pewnego dnia spotkałam Piotra na zakupach. Stał przy kasie z nową partnerką – Magdą, tą samą kobietą, z którą mnie zdradził. Uśmiechał się do niej tak samo jak kiedyś do mnie.

Serce ścisnęło mi się z bólu i złości. Ale wtedy zrozumiałam coś ważnego – nie chcę już żyć przeszłością.

Zaczęłam powoli układać swoje życie na nowo. Zapisałam się na kurs tańca, zaczęłam spotykać się ze znajomymi bez poczucia winy. Zosia i Marysia coraz rzadziej pytały o tatę.

Czasem wieczorami siadam sama przy tym starym dębowym stole i myślę o wszystkim, co przeszłam.

Czy mogłam postąpić inaczej? Czy wybaczenie byłoby oznaką siły czy słabości? A może czasem trzeba pozwolić sobie odejść, żeby naprawdę zacząć żyć?