Jeden weekend u babci: Gdy mały Jaś błagał, byśmy go zabrali do domu
– Mamo, proszę… zabierz mnie stąd… – usłyszałam w słuchawce cichy, drżący głos Jasia. Była sobota wieczór, a ja właśnie nalewałam sobie kieliszek wina, ciesząc się ciszą po raz pierwszy od miesięcy. Zamarłam.
– Jasiu, co się stało? – spytałam, starając się nie panikować.
– Babcia krzyczy… a ja chcę do domu… – szlochał.
Spojrzałam na Pawła, mojego męża. W jego oczach widziałam to samo pytanie: czy przesadzamy? Przecież to tylko weekend u babci. Każde dziecko czasem tęskni. Ale ten płacz…
Wróćmy do początku. Zawsze wydawało mi się, że jestem dobrą matką. Pracuję, ogarniam dom, staram się być obecna dla dzieci – Jasia, Zosi i starszego Kuby. Ale ostatnio byliśmy z Pawłem na granicy wytrzymałości. Praca, kredyt, wieczne korki, niekończące się zebrania w szkole i przedszkolu… Marzyliśmy o chwili spokoju. Babcia Teresa zgodziła się przyjąć dzieci na weekend. „Nie martwcie się, dam sobie radę!” – zapewniała z uśmiechem.
W piątek po południu zawieźliśmy całą trójkę do jej mieszkania na warszawskim Mokotowie. Babcia od razu zaczęła rządzić: „Buty zdejmujemy! Ręce myjemy! Kuba, nie garb się! Zosia, nie biegaj po korytarzu!” Jaś patrzył na mnie wielkimi oczami. „Będzie fajnie” – szepnęłam mu do ucha i ucałowałam w czoło.
Wieczorem Paweł zamówił sushi, obejrzeliśmy film bez przerywania na „mamo, siku” albo „tato, zgubiłem klocka”. W sobotę rano poszliśmy na spacer do Łazienek – pierwszy raz od lat tylko we dwoje. Czułam się lekka jak piórko.
Aż do tego telefonu.
– Może przesadzamy? – Paweł próbował mnie uspokoić. – Może babcia po prostu kazała mu zjeść zupę?
Ale coś mnie tknęło. Zawsze wiedziałam, że Jaś jest wrażliwy. Inaczej niż Kuba – ten od razu powie, co mu nie pasuje. Zosia potrafi się postawić. Ale Jaś… zawsze cichy, zawsze grzeczny.
Zadzwoniłam do babci.
– Co tam u was? – zapytałam jakby od niechcenia.
– Wszystko dobrze! – odpowiedziała Teresa z przesadnym entuzjazmem. – Kuba gra w szachy z dziadkiem, Zosia pomaga mi w kuchni…
– A Jaś?
– No… trochę marudził przy obiedzie. Nie chciał jeść rosołu. Ale już śpi.
Zawahałam się. Czy powinnam jechać? Czy to tylko dziecięca histeria?
Wieczorem znów zadzwonił Jaś.
– Mamo… tu jest strasznie… babcia się złości… nie chcę tu być…
Nie wytrzymałam.
– Paweł, jedziemy po niego.
W samochodzie milczeliśmy. W głowie miałam tysiąc myśli: czy jestem nadopiekuńcza? Czy powinnam pozwolić mu „zahartować się”? Przecież kiedy byłam mała, rodzice zostawiali mnie u babci na całe wakacje i jakoś żyję…
Kiedy weszliśmy do mieszkania babci, Jaś siedział skulony na kanapie z pluszowym króliczkiem w ramionach. Zosia i Kuba oglądali bajkę, babcia Teresa krzątała się w kuchni.
– Co wy tu robicie? – zdziwiła się.
– Jaś chciał wrócić do domu – powiedziałam spokojnie.
Babcia spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Kiedyś dzieci były twardsze! Teraz wszystko wam przeszkadza! Rozpuściliście go!
Poczułam ukłucie wstydu i złości jednocześnie.
– Mamo, on naprawdę źle się tu czuje.
– Bo nie pozwalam mu siedzieć cały dzień z tabletem? Bo musi zjeść obiad?
Paweł próbował załagodzić sytuację:
– Mamo, to nie o to chodzi…
Ale Teresa już była rozżalona:
– Po co w ogóle prosicie mnie o pomoc, skoro wszystko robię źle?
Zabrałam Jasia i wróciliśmy do domu. W samochodzie tulił się do mnie i powtarzał:
– Dziękuję, mamo…
W nocy długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się słowa babci: „Kiedyś dzieci były twardsze”. Czy naprawdę? Czy może po prostu nikt nie pytał ich o zdanie?
Następnego dnia zadzwoniła Zosia:
– Mamo, babcia płacze w kuchni… mówi, że już nigdy nie chce nas widzieć…
Serce mi pękło. Wiedziałam, że muszę coś zrobić.
Pojechałam do Teresy sama. Siedziała przy stole z chusteczką w ręku.
– Przepraszam cię, mamo – zaczęłam cicho. – Nie chciałam cię zranić.
– To ja przepraszam – westchnęła ciężko. – Chciałam wam pomóc… Ale chyba już nie umiem być babcią na waszych zasadach.
Usiadłam obok niej.
– Mamo, czasy się zmieniły. Dzieci są inne… albo my inaczej je wychowujemy. Ja wiem, że chcesz dobrze. Ale Jaś jest bardzo wrażliwy. Potrzebuje więcej czułości niż zasad.
Teresa spojrzała na mnie ze łzami w oczach.
– A ja myślałam, że jak będzie miał dyscyplinę, to wyrośnie na porządnego chłopaka…
Objęłam ją mocno.
– On już jest porządny. Tylko trochę inny niż Kuba czy Zosia.
Tego dnia długo rozmawiałyśmy o tym, jak bardzo różnią się dzieci i jak trudno czasem znaleźć wspólny język między pokoleniami.
Wieczorem zadzwonił Kuba:
– Mamo, czy możemy wrócić do domu? Babcia jest smutna bez Jasia…
Zabraliśmy całą trójkę do domu jeszcze tego samego dnia. Wieczorem leżeliśmy wszyscy razem na kanapie pod jednym kocem i oglądaliśmy stary polski film.
Patrzyłam na Jasia wtulonego we mnie i myślałam: ile razy jeszcze przeoczę jego cichy płacz? Ile razy będę musiała wybierać między własnym komfortem a jego bezpieczeństwem?
Czasem wydaje mi się, że rodzicielstwo to nieustanne balansowanie między tym, co dobre dla nas a tym, co dobre dla naszych dzieci. Czy można znaleźć złoty środek?