Moja córka wydała wszystkie oszczędności na imprezę i nie zaprosiła rodziny – czy to moja wina?
– Naprawdę nie rozumiem, jak mogłaś to zrobić, Zuzanna! – mój głos drżał, a w gardle czułam gulę. Stałam w progu jej pokoju, patrząc na nią, jakby była kimś zupełnie obcym. Zuzanna siedziała na łóżku, z telefonem w dłoni, udając, że mnie nie słyszy. W powietrzu unosił się jeszcze zapach perfum i lakieru do włosów – pozostałość po wczorajszej imprezie, o której dowiedziałam się… od sąsiadki.
Wszystko zaczęło się niewinnie. Zuzanna od zawsze była sprytna. Nie była najlepszą uczennicą, ale potrafiła oczarować każdego nauczyciela. Zamiast ślęczeć nad książkami, pomagała sprzątać klasę, przynosiła kawę pani od matematyki, a nawet raz naprawiła komputer w pokoju nauczycielskim. Wszyscy ją lubili – „taka miła dziewczyna”, mówili. Tylko ja widziałam, że za tym uśmiechem kryje się coś więcej.
Oszczędzała pieniądze przez dwa lata. Każda złotówka z kieszonkowego lądowała w słoiku. Myślałam, że zbiera na kurs językowy albo wymarzoną wycieczkę do Krakowa. Czasem pytała mnie o ceny wynajmu sali czy cateringów, ale tłumaczyła to projektem szkolnym. Nie podejrzewałam niczego złego.
Aż do wczoraj. Wróciłam z pracy wcześniej niż zwykle. Na klatce schodowej minęłam grupkę młodych ludzi – śmiali się głośno, ktoś trzymał baloniki. Drzwi do naszego mieszkania były lekko uchylone. Weszłam i zobaczyłam… chaos. W salonie tańczyło kilkanaście osób, muzyka dudniła w ścianach, a na stole piętrzyły się kolorowe drinki i przekąski. Zuzanna stała w centrum uwagi – śmiała się, opowiadała coś koleżankom z klasy. Nikt z rodziny nie został zaproszony.
– Mamo, przecież to tylko impreza – rzuciła później, kiedy już wszyscy wyszli. – Chciałam zrobić coś dla siebie.
– Dla siebie? A my? – zapytałam cicho.
Nie odpowiedziała. Odwróciła wzrok i zaczęła scrollować Instagram.
Wieczorem usiadłam na kanapie i zaczęłam analizować wszystko od początku. Czy to moja wina? Czy za bardzo ją rozpieszczałam? Może powinnam była bardziej ją kontrolować? Przypomniałam sobie wszystkie te chwile, kiedy tłumaczyłam jej, że rodzina jest najważniejsza. Ale ona zawsze miała swoje zdanie.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie moja siostra, Marta.
– Słyszałam o tej imprezie – powiedziała z wyrzutem. – Dlaczego nas nie zaprosiłyście?
– Bo ja nawet nie wiedziałam… – odpowiedziałam bezradnie.
W pracy nie mogłam się skupić. Koleżanka z biura, pani Grażyna, zauważyła moją ponurą minę.
– Co się stało?
Opowiedziałam jej wszystko. Pokiwała głową ze zrozumieniem.
– Moja córka też tak miała w liceum – westchnęła. – Chciała być lubiana przez wszystkich oprócz rodziny.
Wieczorem próbowałam jeszcze raz porozmawiać z Zuzanną.
– Dlaczego nie zaprosiłaś nikogo z rodziny? Nawet babci?
Wzruszyła ramionami.
– Bo wy zawsze wszystko krytykujecie. Chciałam mieć spokój.
Zabolało mnie to bardziej niż cokolwiek innego. Czy naprawdę jestem taka surowa? Przypomniałam sobie nasze kłótnie o oceny, o bałagan w pokoju, o jej znajomych. Może rzeczywiście za dużo wymagam?
Kilka dni później przyszły rachunki za catering i wynajem sali. Zuzanna wydała wszystko, co miała – ponad trzy tysiące złotych! Byłam w szoku.
– Co teraz zrobisz? – zapytałam ją spokojnie.
– Nie wiem… Może pójdę do pracy na wakacje?
Patrzyłam na nią i widziałam już nie dziecko, ale młodą kobietę zagubioną w świecie dorosłych problemów. Chciałam ją przytulić, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze… ale ona odsunęła się ode mnie.
W weekend odwiedziła nas babcia Zofia. Przyniosła domowe ciasto i próbowała rozładować napięcie żartami.
– Kiedyś też zrobiłam imprezę bez zgody rodziców – wyznała nagle. – Ale potem żałowałam, bo mama płakała przez tydzień.
Zuzanna spojrzała na nią zaskoczona.
– Naprawdę?
Babcia kiwnęła głową.
– Rodzina to nie tylko obowiązek. To ludzie, którzy cię kochają nawet wtedy, gdy robisz głupoty.
Wieczorem usłyszałam ciche pukanie do drzwi mojego pokoju.
– Mamo… przepraszam – szepnęła Zuzanna. – Chciałam tylko poczuć się ważna. W szkole zawsze jestem „tą od pomagania”, a chciałam być po prostu sobą.
Przytuliłyśmy się długo i obie płakałyśmy.
Ale mimo tej rozmowy coś we mnie pękło. Zaczęłam zastanawiać się nad naszymi relacjami i tym, jak wychowuję córkę. Czy powinnam być bardziej wyrozumiała? Czy może właśnie za bardzo ją chroniłam przed konsekwencjami?
Czasem patrzę na Zuzannę i widzę w niej siebie sprzed lat – zagubioną nastolatkę szukającą akceptacji wszędzie poza domem. Może to naturalny etap dorastania? A może popełniam te same błędy co moi rodzice?
Nie wiem już, gdzie leży granica między troską a kontrolą. Czy można nauczyć dziecko odpowiedzialności bez ranienia jego uczuć? Czy można być dobrą matką i jednocześnie pozwolić dziecku popełniać błędy?
Może wy mi powiecie: co byście zrobili na moim miejscu?