Mama mówi, że to moja wina – jak poradzić sobie z poczuciem winy za rodzinne kłopoty finansowe?
– To przez ciebie, Karolina! Gdybyś poszła na studia, jak ci mówiłam, a nie rzucała wszystko dla tej swojej pracy w kawiarni, może nie musielibyśmy teraz martwić się o rachunki! – głos mamy odbijał się echem od ścian naszej małej kuchni. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, a łzy mieszały się z pianą na talerzach.
Nie miałam już siły odpowiadać. Każdego dnia słyszałam to samo – że jestem rozczarowaniem, że nie spełniłam jej oczekiwań, że przez moje decyzje nasza rodzina pogrąża się w długach. Tata od dawna milczał, zamknięty w swoim świecie po utracie pracy w stoczni. Młodszy brat, Michał, coraz częściej znikał z domu, uciekając do kolegów lub na boisko. A ja… ja zostałam z mamą i jej pretensjami.
Pamiętam dzień, kiedy zdecydowałam się nie iść na studia. To był czerwiec po maturze. Mama siedziała przy stole z kubkiem kawy, a ja drżącym głosem powiedziałam:
– Mamo, nie chcę iść na ekonomię. Nie czuję tego. Dostałam pracę w kawiarni na rynku i chcę spróbować sama się utrzymać.
Wtedy jeszcze myślałam, że to odwaga. Że pokażę jej, że można inaczej. Ale ona tylko spojrzała na mnie z takim rozczarowaniem, jakby właśnie zawalił się jej świat.
Od tamtej pory minęły trzy lata. Pracowałam ciężko – czasem po dwanaście godzin dziennie. Ale kawiarni nie szło najlepiej, a inflacja sprawiła, że każda złotówka była na wagę złota. Mama coraz częściej liczyła pieniądze przy mnie, wzdychając głośno i rzucając kąśliwe uwagi.
– Zobacz, ile wydajemy na jedzenie! A ty nawet nie potrafisz znaleźć lepszej pracy…
Czułam się winna za wszystko – za rachunki za prąd, za to, że Michał potrzebuje nowych butów do piłki, za to, że tata nie może znaleźć pracy. Czasem miałam ochotę wyjść i już nie wracać.
Pewnego wieczoru usłyszałam przez drzwi rozmowę mamy z ciocią Basią:
– Karolina? Ona nigdy nie była taka jak trzeba. Zawsze miała swoje pomysły. Teraz widzisz – przez nią muszę pożyczać od sąsiadki na leki dla Staszka.
Zacisnęłam pięści. Chciałam wejść i wykrzyczeć jej wszystko – że to nie moja wina, że robię co mogę, że ona też mogłaby spróbować znaleźć pracę choćby na pół etatu. Ale nie miałam odwagi. Zamiast tego wyszłam na balkon i patrzyłam na światła miasta.
Czasem zastanawiałam się, czy gdybym poszła na te studia, wszystko byłoby inaczej. Może miałabym lepszą pracę? Może mama byłaby dumna? Ale przecież znałam siebie – wiedziałam, że nie wytrzymałabym ani roku na kierunku, którego nienawidzę.
Najgorsze były święta. Wszyscy udawali, że jest dobrze. Mama piekła sernik, tata próbował żartować z Michałem. Ale wystarczyło jedno słowo o pieniądzach i atmosfera gęstniała jak śmietana do tortu.
– Może gdyby Karolina miała normalną pracę… – zaczynała mama.
– Daj już spokój! – przerywał jej tata, ale ona tylko przewracała oczami.
W końcu przyszedł dzień, kiedy nie wytrzymałam.
– Mamo! – krzyknęłam pewnego popołudnia, kiedy znów zaczęła liczyć pieniądze przy stole. – Przestań mnie obwiniać! Robię co mogę! Ty też możesz coś zrobić!
Spojrzała na mnie zaskoczona. Przez chwilę widziałam w jej oczach coś innego niż gniew – może strach? Może smutek?
– Myślisz, że to takie proste? – wyszeptała. – Ja całe życie poświęciłam dla was…
– Ja też poświęcam! – odpowiedziałam drżącym głosem. – Ale już nie dam rady dłużej być twoim workiem treningowym!
Wybiegłam z domu i długo chodziłam po mieście. W końcu usiadłam na ławce pod blokiem i zadzwoniłam do przyjaciółki.
– Ola… ja już nie mogę…
– Karola, musisz pomyśleć o sobie. Może czas się wyprowadzić?
Ta myśl była jak cios w brzuch. Jak mogłabym zostawić rodzinę? Ale czy mogę dalej żyć w poczuciu winy?
Minęły tygodnie zanim odważyłam się porozmawiać z mamą jeszcze raz. Tym razem spokojnie.
– Mamo… wiem, że jest ciężko. Ale musimy razem szukać rozwiązań. Może ja znajdę drugą pracę? Może ty spróbujesz dorobić? Albo pójdziemy razem do doradcy?
Nie odpowiedziała od razu. Ale widziałam łzy w jej oczach.
Dziś wiem jedno: czasem trzeba postawić granice nawet najbliższym. Nie jestem winna całemu światu za to, że życie potoczyło się inaczej niż planowaliśmy.
Czy ktoś z was też czuje się czasem odpowiedzialny za wszystko? Jak radzicie sobie z poczuciem winy narzuconym przez rodzinę? Czy można być szczęśliwym mimo niespełnionych oczekiwań innych?