Kiedy dom przestaje być domem: Wyznanie matki, która straciła swoje miejsce
— Mamo, czy możesz nie wchodzić do kuchni, kiedy dzieci jedzą? — głos Anny, żony mojego syna, był cichy, ale stanowczy. Stałam w progu, z rękami lekko drżącymi, ścierką w jednej dłoni. Przez chwilę miałam ochotę odpowiedzieć coś ostrego, ale tylko skinęłam głową i wycofałam się na korytarz.
To był kolejny poranek, kiedy czułam się jak intruz we własnym domu. Michał, mój jedyny syn, wrócił do nas z rodziną po tym, jak stracił pracę w Warszawie. Byłam pewna, że to tylko na chwilę — kilka tygodni, może miesiąc. Ale minęło już pół roku, a ja coraz częściej łapię się na tym, że nie wiem, gdzie jest moje miejsce.
Kiedyś nasz dom tętnił życiem — śmiech Michała, zapach świeżo upieczonego chleba, rozmowy do późna przy stole. Teraz wszystko jest inne. Anna ma swoje zasady: dzieci nie mogą jeść słodyczy, telewizor jest wyłączony przez większość dnia, a ja mam nie przeszkadzać w ich rytmie dnia. Nawet mój ogród — moja duma i radość — stał się polem bitwy. Anna sadzi tam swoje zioła i warzywa, przesadzając moje ukochane róże bez pytania.
Pewnego wieczoru usłyszałam przez drzwi rozmowę Michała i Anny:
— Twoja mama chyba nie rozumie, że to już nie jest tylko jej dom — powiedziała Anna szeptem.
— Daj jej czas. To dla niej trudne — odpowiedział Michał, ale w jego głosie słyszałam zmęczenie.
Zacisnęłam pięści. To już nie jest tylko mój dom? Przecież to ja go budowałam z ojcem Michała przez trzydzieści lat! Każda cegła, każdy mebel — wszystko nosiło ślady moich rąk. Czy naprawdę nie mam już prawa decydować o tym, co się tu dzieje?
Zaczęłam unikać wspólnych posiłków. Jadłam w swoim pokoju, słuchając przez ścianę śmiechu wnuków i rozmów dorosłych. Czasem Anna przynosiła mi talerz z obiadem, stawiając go na komodzie bez słowa. Michał coraz rzadziej zaglądał do mnie sam — zawsze był zajęty dziećmi albo szukaniem pracy przez internet.
Pewnego popołudnia zebrałam się na odwagę i zaprosiłam Michała na herbatę do mojego pokoju. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie w milczeniu. W końcu powiedziałam:
— Synku… Czuję się tu obco. Jakby mnie tu nie było.
Michał spuścił wzrok.
— Mamo, wiem, że to trudne. Ale musimy jakoś się dogadać. Anna też się stresuje… Dzieci są rozbite po przeprowadzce.
— A ja? — przerwałam mu. — Czy ktoś pyta mnie, jak się czuję?
Michał westchnął ciężko.
— Mamo… Proszę cię, postaraj się trochę dostosować. To dla wszystkich nowe.
Poczułam łzy napływające do oczu. Dostosować się? Do czego? Do bycia niewidzialną?
Wieczorami siadałam przy oknie i patrzyłam na ogród. Wspominałam czasy, gdy Michał był mały — jak biegał boso po trawie, jak razem piekliśmy szarlotkę na niedzielę. Teraz wnuki nawet nie wiedzą, że babcia potrafi piec ciasta — Anna kupuje gotowe przekąski w sklepie.
Zaczęłam rozmawiać z sąsiadką, panią Zofią. Ona też przeżyła coś podobnego — jej córka z rodziną zajęła cały dom i Zofia musiała wynieść się na poddasze.
— Krystyno, musisz walczyć o swoje miejsce — powiedziała mi pewnego dnia Zofia. — Inaczej znikniesz.
Ale jak walczyć? Przecież to moja rodzina. Nie chcę kłótni ani łez.
Pewnej nocy usłyszałam płacz wnuczki przez ścianę. Wyszłam na korytarz i zobaczyłam Anię tulącą małą Zosię.
— Może mogę pomóc? — zapytałam nieśmiało.
Anna spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.
— Dziękuję, poradzimy sobie.
Wróciłam do siebie i poczułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek.
W końcu zebrałam się na odwagę i powiedziałam Michałowi:
— Synku, jeśli tak ma wyglądać moje życie, to może lepiej będzie, jeśli znajdę sobie jakieś małe mieszkanie… Nie chcę być ciężarem ani dla ciebie, ani dla Anny.
Michał był zszokowany:
— Mamo! Przecież to twój dom!
— Naprawdę? Bo czuję się tu jak gość…
Od tamtej rozmowy minęło kilka dni. Nikt nie porusza tematu przeprowadzki ani zmian. Anna jest bardziej uprzejma, ale chłodna. Michał częściej zagląda do mojego pokoju i pyta o zdrowie. Ale ja już wiem — coś pękło i nie da się tego łatwo naprawić.
Czy można odzyskać dom, gdy wszyscy wokół chcą go urządzać po swojemu? Czy jestem egoistką, że tęsknię za dawnym spokojem? Może powinnam była wcześniej powiedzieć głośno o swoich uczuciach… Ale czy ktoś by wtedy posłuchał?