Ostatnia Wola Matki: Rodzinny Rozłam w Krakowskim Domu

– Jeśli nie chcecie mi pomóc, to zapomnijcie o spadku! – wykrzyczałam, uderzając dłonią w stół tak mocno, że porcelanowa filiżanka z herbatą podskoczyła i rozlała się na biały obrus. W powietrzu zawisła cisza, ciężka jak zimowy śnieg na dachach starego Krakowa. Przede mną siedzieli moi synowie: starszy, Andrzej, z wiecznie zaciśniętymi ustami i młodszy, Paweł, który od lat nie patrzył mi prosto w oczy.

Nie tak wyobrażałam sobie starość. Mój dom przy ulicy Dietla zawsze tętnił życiem – śmiechem dzieci, zapachem pieczonych jabłek i dźwiękiem radia grającego stare przeboje. Teraz ściany wydają się chłodniejsze, a echo kroków odbija się od pustych pokoi. Od śmierci męża minęło już siedem lat, a ja coraz częściej łapię się na tym, że rozmawiam z jego zdjęciem stojącym na komodzie.

Testament leżał przede mną – trzeci raz w tym miesiącu próbowałam go przepisać. Za każdym razem ręka mi drżała. Czy powinnam karać własne dzieci za to, że nie mają dla mnie czasu? Czy to ja zawiodłam jako matka?

– Mamo, przecież wiesz, że mam pracę – Andrzej pierwszy przerwał ciszę. – Nie mogę rzucić wszystkiego i siedzieć tu codziennie.

– A ja mam swoje życie! – dorzucił Paweł, nawet nie próbując ukryć irytacji. – Nie jestem już dzieckiem.

Zacisnęłam palce na kubku. Przez chwilę miałam ochotę wyrzucić ich obu za drzwi. Ale przecież to moje dzieci. Moja krew.

– A kto mi pomoże, kiedy nie będę mogła sama wstać z łóżka? Kto poda mi szklankę wody? – głos mi się załamał. – Myślicie, że dom sam się posprząta? Że zakupy same się zrobią?

Andrzej spojrzał na mnie z wyrzutem.

– Może zatrudnij opiekunkę? Stać cię przecież.

Zabolało. Tak łatwo przyszło mu to powiedzieć. Jakby bycie matką kończyło się wraz z osiągnięciem przez dzieci dorosłości.

– Nie o to chodzi! – krzyknęłam. – Chcę was tu mieć! Chcę czuć, że jeszcze jestem wam potrzebna!

Paweł wstał gwałtownie.

– Zawsze chodzi tylko o ciebie! Nigdy nie pytałaś, czego my chcemy!

Drzwi trzasnęły za nim tak głośno, że aż podskoczyłam. Andrzej został jeszcze chwilę, ale milczał. W końcu wyszedł bez słowa.

Zostałam sama. Znowu.

Wieczorem zadzwoniła do mnie sąsiadka, pani Zofia.

– Walentyno, słyszałam krzyki. Wszystko w porządku?

– Tak, Zośka… Po prostu rodzina…

– Rodzina… – westchnęła ciężko. – Największe szczęście i największy ból.

Przez kolejne dni dom był cichy jak nigdy dotąd. Próbowałam zająć myśli – czytałam książki, oglądałam seriale w telewizji, nawet zaczęłam haftować serwetki jak za dawnych lat. Ale każda czynność przypominała mi o tym, jak bardzo brakuje mi bliskości.

W niedzielę przyszła do mnie córka mojego brata, Ania. Przyniosła świeże bułki i kwiaty.

– Ciociu, słyszałam o tej awanturze…

– Wszyscy już wiedzą? – zapytałam gorzko.

– Kraków to nie Nowy Jork – uśmiechnęła się smutno. – Ale ciociu… może oni naprawdę nie potrafią inaczej? Może trzeba im dać czas?

Pokręciłam głową.

– Czas… Czas mam tylko ja. Oni zawsze są zajęci.

Ania przytuliła mnie mocno. Poczułam łzy napływające do oczu.

Wieczorem zadzwonił telefon. Numer Andrzeja.

– Mamo… Przepraszam za tamto. Ale naprawdę nie wiem, jak to wszystko pogodzić. Praca, dzieci…

– Ja też przepraszam – powiedziałam cicho. – Może za bardzo naciskam.

– Może… Ale wiesz… Ja się boję tego wszystkiego. Boję się patrzeć na twoją starość.

Zaniemówiłam. Nigdy nie pomyślałam o tym w ten sposób.

Następnego dnia Paweł przyszedł bez zapowiedzi. Przyniósł ciasto z pobliskiej cukierni i usiadł naprzeciwko mnie.

– Mamo… Ja też się boję. Boję się być odpowiedzialny za twoje życie.

Patrzyliśmy na siebie długo w milczeniu.

Wtedy zrozumiałam: nie tylko ja czuję się samotna i zagubiona. Oni też boją się zmian, boją się odpowiedzialności i tego, co przyniesie przyszłość.

Testament leżał na stole przez kilka dni. W końcu go schowałam do szuflady.

Zaczęliśmy rozmawiać częściej – nie tylko o obowiązkach, ale też o wspomnieniach i planach na przyszłość. Nie było łatwo odbudować zaufanie i bliskość, ale każdy mały krok był ważny.

Czasem myślę: czy warto było postawić ultimatum? Czy można zmusić kogoś do miłości i troski? A może lepiej po prostu być razem wtedy, kiedy to możliwe?

Czy wy też czasem czujecie się samotni wśród najbliższych? Co byście zrobili na moim miejscu?