„Czy naprawdę jestem już nikomu niepotrzebna?” – Historia emerytki, która musiała odnaleźć siebie na nowo
– Mamo, przecież możesz w końcu odpocząć – powiedziała mi Ania, moja córka, kiedy po raz kolejny próbowałam znaleźć sobie jakieś zajęcie w domu. Stałam wtedy przy kuchennym stole, układając stare zdjęcia w albumie. Ręce mi drżały, a łzy same cisnęły się do oczu.
– Ale ja nie chcę odpoczywać! – wybuchłam, zaskakując nawet samą siebie. – Nie potrafię tak po prostu siedzieć i patrzeć w ścianę!
Ania spojrzała na mnie z troską, ale i z lekkim zniecierpliwieniem. – Mamo, całe życie pracowałaś. Teraz masz czas dla siebie. Możesz czytać książki, chodzić na spacery…
– Czytać książki? – parsknęłam gorzko. – Przez czterdzieści dwa lata byłam otoczona książkami. To nie to samo, kiedy czytasz w pustym domu.
Odeszła bez słowa, zostawiając mnie samą z moimi myślami. Wtedy po raz pierwszy poczułam się naprawdę stara. Nie dlatego, że bolały mnie kolana czy że coraz częściej zapominałam, gdzie położyłam okulary. Poczułam się stara, bo nikt już nie potrzebował mojego zdania. Nikt nie pytał mnie o radę. Nawet wnuczka, Zosia, wolała spędzać czas przed komputerem niż słuchać moich opowieści o dawnych czasach.
Przez pierwsze tygodnie po przejściu na emeryturę próbowałam wypełnić pustkę drobiazgami: porządkowałam szafy, pieliłam ogródek, piekłam ciasta, których nikt nie chciał jeść. Mąż, Andrzej, był jeszcze bardziej zamknięty w sobie niż zwykle. Odkąd przeszedł na emeryturę dwa lata przede mną, całymi dniami oglądał telewizję albo majsterkował w garażu. Nasze rozmowy ograniczały się do wymiany kilku zdań dziennie: „Zrobiłaś obiad?”, „Gdzie są moje klucze?”, „Znowu pada”.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Basia, dawna koleżanka z pracy.
– Haniu, może przyjdziesz na spotkanie Klubu Seniora? – zaproponowała. – Spotykamy się co środę w bibliotece. Rozmawiamy o książkach, czasem organizujemy wieczorki poetyckie…
Początkowo odmówiłam. Wydawało mi się to żałosne – banda starych ludzi wspominających dawne czasy. Ale po kilku dniach samotności i ciszy w domu postanowiłam spróbować.
Pierwsze spotkanie było dla mnie szokiem. Zamiast smutnych staruszków zobaczyłam ludzi pełnych życia: śmiali się, żartowali, spierali o ulubionych autorów. Pani Jadwiga recytowała wiersze Szymborskiej z pamięci, pan Stefan opowiadał anegdoty z czasów PRL-u. Poczułam się jak za dawnych lat – potrzebna i słuchana.
Zaczęłam regularnie chodzić na spotkania Klubu Seniora. Z czasem sama zaproponowałam prowadzenie warsztatów literackich dla młodzieży z pobliskiego liceum. Dyrektorka biblioteki przyjęła mój pomysł z entuzjazmem.
– Pani Haniu, młodzi ludzie potrzebują takich osób jak pani! – powiedziała z uśmiechem.
Przygotowywałam zajęcia z ogromnym zaangażowaniem. Pisałam scenariusze spotkań, wybierałam fragmenty książek do analizy, wymyślałam kreatywne zadania pisarskie. Na pierwszych warsztatach przyszło tylko troje uczniów – Zosia (moja wnuczka!), jej koleżanka Marta i cichy chłopak o imieniu Bartek.
– Babciu, to trochę dziwne… – szepnęła mi Zosia przed rozpoczęciem zajęć.
– Wiem – odpowiedziałam równie cicho – ale spróbujmy.
Z czasem grupa się powiększyła. Przychodzili nowi uczniowie, a ja czułam się coraz bardziej potrzebna. Zosia zaczęła częściej do mnie dzwonić i pytać o radę w sprawach szkolnych. Nawet Andrzej zaczął wychodzić ze mną na spacery i czasem zaglądał do biblioteki podczas moich zajęć.
Jednak nie wszystko układało się idealnie. Ania była coraz bardziej zirytowana moją aktywnością.
– Mamo, czy ty musisz ciągle gdzieś biegać? Nie możesz po prostu być w domu? – zapytała pewnego wieczoru przez telefon.
– Aniu, ja muszę coś robić. Inaczej zwariuję.
– Ale przecież masz rodzinę! My też cię potrzebujemy!
– Potrzebujecie mnie tylko wtedy, gdy trzeba coś ugotować albo przypilnować Zosi – odpowiedziałam z goryczą.
Po tej rozmowie długo płakałam. Czułam się rozdarta między potrzebą bycia aktywną a oczekiwaniami rodziny. Czy naprawdę powinnam poświęcić swoje potrzeby dla innych? Czy to egoizm?
Wkrótce potem wydarzyło się coś niespodziewanego. Zosia przyszła do mnie zapłakana.
– Babciu… pokłóciłam się z mamą… Ona nie rozumie, że chcę być sobą…
Przytuliłam ją mocno.
– Wiesz, Zosiu… ja też długo czułam się niezrozumiana. Ale każdy ma prawo szukać własnej drogi.
Tamtej nocy długo rozmawiałyśmy o marzeniach i lękach. Zrozumiałam wtedy, że moje doświadczenia mogą być dla kogoś ważne – nawet jeśli nie zawsze jestem doceniana przez najbliższych.
Dziś wiem jedno: to nie wiek decyduje o tym, czy jesteśmy potrzebni. Każdy z nas może odnaleźć sens nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko już za nami.
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: „Czy naprawdę jestem już nikomu niepotrzebna?” A potem przypominam sobie uśmiech Zosi i śmiech ludzi z Klubu Seniora… Może warto czasem zawalczyć o siebie? Co wy o tym myślicie?