„Nie masz ani dumy, ani sumienia” – usłyszałam od własnej matki, bo pozwoliłam byłej teściowej zobaczyć moją córkę
– Jak możesz? Jak możesz jej pozwalać przychodzić?! – głos mojej matki, Danuty, odbijał się od ścian kuchni jak talerz rzucony o podłogę. – Nie masz ani dumy, ani sumienia. Jak można pozwolić byłej teściowej widzieć dziecko?
Stałam przy zlewie, ręce miałam mokre od mycia kubków po urodzinach, a w gardle rosła mi gula. W salonie, za uchylonymi drzwiami, moja córka Hania śmiała się do pluszowego misia, którego dostała godzinę wcześniej. Ten śmiech był jak plaster na ranę, ale też jak przypomnienie, że każda moja decyzja dotyczy nie tylko mnie.
– Mamo, ona nie jest „jakaś ona”. To babcia Hani – powiedziałam cicho, bo bałam się, że podniosę głos i pęknę.
– Babcia? – Danuta prychnęła. – Babcia to ja. A tamta? Tamta jest matką faceta, który cię zostawił z dzieckiem i długami. I jeszcze ma czelność przychodzić jak gdyby nigdy nic.
W zeszłym tygodniu Hania skończyła dwa lata. Zrobiłam małe przyjęcie, takie na miarę moich możliwości: balony z Pepco, tort z dyskontu, świeczki w kształcie „2”, które ledwo się trzymały w kremie. Zaprosiłam dwie koleżanki z pracy, Magdę i Olę, bo wiedziałam, że przynajmniej one przyjdą i nie będą pytać, czemu „tata nie ma czasu”. Danuta przyszła, ale od progu była spięta, jakby przyszła na kontrolę, a nie na urodziny wnuczki.
Ojciec Hani, Paweł, nawet nie przypomniał sobie o tej dacie. Ani telefonu, ani wiadomości. Nic. Tylko cisza, która bolała bardziej niż kłótnie, bo w ciszy człowiek zaczyna dopowiadać sobie najgorsze.
Za to jego matka, Irena, przyszła.
Pamiętam dokładnie: było już po południu, Hania biegała w skarpetkach po panelach, a ja próbowałam udawać, że nie patrzę co chwilę na telefon. Nagle dzwonek do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam Irenę w płaszczu, z siatką z Biedronki w jednej ręce i małym, różowym pudełkiem w drugiej.
– Wiem, że mogę nie być mile widziana – powiedziała od razu, zanim zdążyłam cokolwiek. – Ale to są urodziny Hani. Nie mogłam nie przyjść.
Za jej plecami klatka schodowa pachniała wilgocią i czyimś obiadem. W mojej głowie zapaliła się lampka: „Nie wpuszczaj. Danuta cię zje.” A zaraz obok druga: „To babcia. Hania ma prawo.”
– Proszę… wejdź – wyszeptałam.
Danuta, gdy ją zobaczyła, zesztywniała. Jej uśmiech zniknął jak zdmuchnięta świeczka.
– O, proszę. Jednak znalazła pani czas – powiedziała z takim chłodem, że aż mi się zrobiło wstyd, jakby to była moja wina.
Irena nie odpowiedziała złośliwością. Tylko spojrzała na Hanię, która podbiegła do drzwi, zaciekawiona nową osobą.
– Haniu… pamiętasz babcię? – zapytała Irena, kucając.
Hania nie pamiętała. Miała rok, kiedy Paweł się wyniósł, a potem wszystko się posypało: alimenty „w drodze”, sprawy „w toku”, obietnice „w przyszłym miesiącu”. Irena widziała Hanię może dwa razy od tamtej pory, zawsze ukradkiem, zawsze w napięciu.
Hania popatrzyła na nią chwilę, po czym wyciągnęła rękę do pudełka.
– Co to? – zapytała swoim dziecięcym, jeszcze nie do końca wyraźnym głosem.
Irena uśmiechnęła się, a w jej oczach zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam: nie triumf, nie wyższość, tylko czyste wzruszenie.
– Dla ciebie. Mała bransoletka. Żebyś zawsze miała coś od babci.
Danuta prychnęła.
– Bransoletka. A alimenty? – rzuciła.
Wtedy zrobiło się naprawdę duszno. Magda i Ola udawały, że zajmują się talerzykami, ale widziałam, jak wymieniają spojrzenia. Ja stałam jak między dwoma brzegami rzeki, a nurt ciągnął mnie w obie strony.
Irena spuściła wzrok.
– Danuto… ja nie mam wpływu na Pawła. Próbowałam. Naprawdę próbowałam.
– Próbowała pani? – Danuta podniosła głos. – To niech pani spróbuje mocniej. Bo moja córka nie jest od tego, żeby dźwigać wszystko sama.
Wtedy Hania zaczęła płakać, bo poczuła napięcie. Jej płacz był jak alarm. Wzięłam ją na ręce, przytuliłam, poczułam jej ciepły policzek na mojej szyi.
– Dość – powiedziałam, zaskakując samą siebie. – To są jej urodziny.
Irena stała chwilę, jakby nie wiedziała, czy ma zostać, czy wyjść. W końcu wyciągnęła z siatki mały słoiczek domowego dżemu i paczkę herbaty.
– Zrobiłam też dżem z malin. Wiem, że lubisz do naleśników… – powiedziała do mnie, a ja poczułam ukłucie, bo to było takie… normalne. Takie, jakbyśmy nadal byli rodziną. A przecież nie byliśmy.
Po przyjęciu, kiedy wszyscy wyszli, Danuta została jeszcze chwilę. I wtedy wybuchła.
– Ty nie rozumiesz, co robisz – mówiła, chodząc po kuchni. – Ona przyjdzie, popatrzy, pobawi się, a potem wróci do swojego życia. A ty zostaniesz z tym wszystkim. Znowu.
– Mamo, ja i tak zostaję z tym wszystkim – odpowiedziałam. – Czy ona przyjdzie, czy nie.
Danuta spojrzała na mnie tak, jakby zobaczyła obcą osobę.
– To jest brak dumy. Brak szacunku do siebie.
A ja wtedy przypomniałam sobie inną scenę, sprzed dwóch lat, kiedy byłam w ciąży i Paweł jeszcze udawał, że jest „odpowiedzialny”. Siedzieliśmy u Ireny w kuchni, pachniało rosołem, a ona kroiła marchewkę.
– Dziecko to nie jest zabawka – powiedziała wtedy Irena do Pawła. – Jak już będzie, to nie ma „nie chce mi się”.
Paweł przewrócił oczami.
– Mamo, daj spokój.
Irena spojrzała na mnie i wtedy, pierwszy raz, poczułam, że ona naprawdę się boi o to dziecko. Nie o mnie, nie o Pawła. O dziecko.
Po rozstaniu z Pawłem było jak w tanim serialu, tylko bez muzyki w tle. Najpierw „potrzebuję przestrzeni”, potem „to nie działa”, potem wyprowadzka w środku tygodnia, kiedy byłam z Hanią u lekarza. Zostawił mi w szafie kilka swoich koszulek i rachunek za prąd, którego nie zapłacił. Alimenty? „Załatwię.” Mijały miesiące.
Kiedy poszłam do komornika, czułam się jak ktoś, kto prosi o jałmużnę, a nie o pieniądze na własne dziecko. W pracy w sklepie stałam na kasie, liczyłam drobne, a w głowie liczyłam, czy starczy na pieluchy i mleko. Danuta pomagała, ale jej pomoc zawsze miała cenę: komentarze, kontrolę, „a nie mówiłam”.
Irena zadzwoniła pierwszy raz po pół roku.
– Mogę przyjść? – zapytała. – Chciałabym zobaczyć Hanię.
– Po co? – wyrwało mi się.
Zamilkła na chwilę.
– Bo to moja wnuczka. I… bo ja też jestem sama w tym wszystkim. Paweł mnie nie słucha. A ja nie chcę, żeby Hania myślała kiedyś, że nikt z tamtej strony jej nie chciał.
To zdanie siedziało we mnie długo. „Żeby nie myślała, że nikt jej nie chciał.”
Danuta, gdy się dowiedziała, była wściekła.
– Ona chce mieć czyste sumienie – mówiła. – Żeby potem mówić ludziom: „Ja próbowałam.”
Może. A może naprawdę kocha Hanię. Tylko jak to rozróżnić?
W zeszły piątek Irena przyszła znowu, już po urodzinach. Napisała wcześniej SMS: „Czy mogę wpaść na pół godziny? Przyniosę mandarynki.”
Mandarynki. Takie zwykłe słowo, a ja poczułam, jakbym miała wybór między wojną a spokojem.
Wpuściłam ją. Hania siedziała na dywanie i układała klocki.
– Haniu, zobacz, kto przyszedł – powiedziałam.
Irena usiadła ostrożnie, jakby bała się, że dywan ją odrzuci. Wyjęła mandarynki, zaczęła je obierać, a zapach rozszedł się po pokoju.
– Babcia? – Hania spojrzała na nią i nagle się uśmiechnęła.
To było jak cios w brzuch, ale w dobrym sensie. Jak coś, co rozbraja wszystkie argumenty.
Irena podała jej cząstkę mandarynki.
– Słodka? – zapytała.
– Mmm – Hania kiwnęła głową.
Siedziały tak obok siebie, a ja patrzyłam i czułam, jak we mnie walczą dwie wersje mnie samej. Jedna mówiła: „Nie pozwól, bo to upokorzenie, bo to ich rodzina, bo oni cię skrzywdzili.” Druga: „To dziecko. Ona nie jest winna. Irena też nie jest Pawłem.”
W pewnym momencie Irena spojrzała na mnie.
– Wiem, że mnie oceniasz – powiedziała cicho. – I masz prawo. Ale ja… ja naprawdę nie śpię po nocach. Boję się, że Hania kiedyś zapyta: „Gdzie byłaś?”
– A gdzie był Paweł? – zapytałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.
Irena zacisnęła usta.
– Nie wiem, co się z nim stało. Wychowałam go inaczej. Przynajmniej tak mi się wydawało.
W jej głosie nie było obrony. Był wstyd. I żal. I coś jeszcze: bezradność.
Wieczorem zadzwoniła Danuta.
– Była u ciebie? – zapytała bez wstępu.
– Tak.
– I co, już jesteście przyjaciółkami? – ironia kapała z jej słów.
– Mamo, przestań.
– Nie przestanę, bo ja widzę, jak ty się dajesz wciągać. Najpierw mandarynki, potem „wpadnę na święta”, potem „zabiorę Hanię na weekend”, a ty będziesz siedzieć i czekać, aż Paweł łaskawie wróci.
– Ja nie czekam na Pawła – powiedziałam ostro. – Ja czekam, aż Hania zaśnie, żebym mogła w spokoju zapłakać. Ja czekam na wypłatę. Ja czekam w kolejkach do lekarza. Ja nie czekam na niego.
Zapadła cisza.
– To po co ci ona? – Danuta zapytała już ciszej.
I wtedy zrozumiałam, że to nie jest tylko o Irenie. To jest o mojej matce. O jej lęku, że ktoś mnie znowu zrani. O jej dumie, która jest jak tarcza, ale czasem też jak mur.
– Bo Hania ma prawo do rodziny – odpowiedziałam. – I ja mam prawo nie być wiecznie w wojnie.
– Wojna cię chroni – powiedziała Danuta.
– Wojna mnie niszczy.
Odłożyłam telefon i usiadłam na podłodze w pokoju Hani. Patrzyłam, jak śpi, z ręką na brzuchu, jakby pilnowała swojego oddechu. Pomyślałam o tym, jak będzie miała pięć lat i zapyta: „Czemu nie mam taty?” Pomyślałam o tym, jak będzie miała dziesięć i zobaczy inne dzieci z dziadkami na szkolnym przedstawieniu. Pomyślałam o tym, jak będzie miała piętnaście i będzie mnie oskarżać o wszystko, co zrobiłam i czego nie zrobiłam.
Irena nie jest święta. Wiem, że czasem broni Pawła, że mówi: „On ma trudny czas”, że próbuje tłumaczyć jego milczenie. Ale jednocześnie widzę, jak jej drżą ręce, kiedy Hania mówi do niej „babciu”. Widzę, jak przynosi zupę w słoiku, jak pyta, czy mam na leki, jak raz zostawiła mi w kieszeni kurtki dwieście złotych i udawała, że to przypadek.
Danuta mówi, że to manipulacja. Że to kupowanie sobie prawa do wnuczki.
A ja… ja nie wiem.
Wiem tylko, że kiedy Hania śmieje się przy Irenie, to ten śmiech nie jest fałszywy. Jest prawdziwy jak jej małe dłonie, które łapią mnie za palec, kiedy idziemy przez pasy. I wiem, że moja duma nie nakarmi dziecka, nie przytuli go w nocy, nie odpowie na pytania, które kiedyś padną.
Ale boję się też, że Danuta ma rację. Że pozwolę Irenie wejść za blisko, a potem Paweł wykorzysta to jak furtkę. Że nagle pojawi się z tekstem: „Skoro moja matka widuje dziecko, to ja też mogę”, a ja znów będę musiała walczyć, tłumaczyć, udowadniać.
Wczoraj Irena napisała: „Czy mogę zabrać Hanię na plac zabaw w niedzielę? Ty też możesz iść. Chciałabym po prostu z nią pobyć.”
Patrzyłam na ten SMS długo. W głowie słyszałam Danutę: „Brak dumy i sumienia.” A potem słyszałam Hanię, jak mówi: „Babcia mandarynka.”
Czy dumą mam zasłonić dziecku świat, żeby nikt mnie już nie zranił? Czy sumieniem mam karać Hanię za grzechy Pawła?
Nie wiem, co jest bardziej sprawiedliwe: chronić siebie przed upokorzeniem czy dać mojej córce choć odrobinę normalności. A wy… co byście zrobili na moim miejscu? Pozwolilibyście byłej teściowej być babcią, czy postawilibyście mur, nawet jeśli dziecko będzie pytać, dlaczego?