Codziennie gotuję od nowa, bo Piotr nie tknie wczorajszego: pękłam przy garnkach i nie wiem, jak z tego wyjść
— Zuzka, to jest wczorajsze? — głos Piotra przeciął kuchnię jak nóż, zanim jeszcze zdążyłam zdjąć pokrywkę z garnka.
Stałam przy kuchence w szlafroku, z włosami związanymi byle jak, bo budzik zadzwonił o piątej trzydzieści. Na blacie parowała owsianka, a obok leżały kromki chleba, które wczoraj kupiłam w osiedlowej piekarni. W mieszkaniu było jeszcze ciemno, tylko lampka nad zlewem rzucała żółte światło na moje dłonie — spierzchnięte od płynu do naczyń i ciągłego mycia.
— Piotr, to jest owsianka. Zrobiłam ją teraz. — próbowałam mówić spokojnie, choć w środku już czułam, jak narasta we mnie napięcie.
— A chleb? — podniósł kromkę jak dowód w sprawie karnej. — Wczorajszy.
— Wczorajszy, bo kupiłam go wczoraj. Jest świeży. — odpowiedziałam, a w głowie miałam tylko jedno: „Nie zaczynaj, proszę, nie dziś”.
Piotr skrzywił się, jakby poczuł zapach zepsutego mięsa.
— Nie będę jadł starego. Wiesz, że mnie od tego boli brzuch.
— Od chleba z wczoraj? — wyrwało mi się. — Piotr, ludzie jedzą chleb dwa dni i żyją.
— Ludzie robią różne rzeczy. Ja nie. — odsunął talerz. — Zrób tosty. Z nowego.
Wtedy coś we mnie drgnęło. Nie wybuchłam jeszcze, ale poczułam, jakby ktoś zacisnął mi obręcz na klatce piersiowej. Znowu. Znowu mam biec do sklepu, znowu mam kombinować, znowu mam udowadniać, że jestem dobrą żoną, bo inaczej on będzie chodził głodny i obrażony.
Wyszłam na klatkę schodową w kapciach, z kurtką narzuconą na szlafrok. Na osiedlu było cicho, tylko gdzieś w oddali szczekał pies. Sklepik pod blokiem otwierali o szóstej, więc stałam pod drzwiami jak petentka, a w głowie liczyłam: jeśli wrócę o szóstej dziesięć, zrobię tosty, spakuję mu drugie śniadanie, ogarnę siebie, dojadę do pracy na ósmą… może zdążę. Może.
Tak wygląda moje życie od lat. Nazywam się Zuzanna. Kiedyś myślałam, że będę miała dom, w którym pachnie obiadem, ale też śmiechem, rozmową, spokojem. Tymczasem mam dom, w którym pachnie obiadem i… napięciem. Bo Piotr nie je resztek. Nie je „wczorajszego”. Nie je niczego, co choćby ociera się o myśl, że mogło stać w lodówce.
Na początku to było nawet… urocze? Tak sobie wmawiałam. Kiedy się poznaliśmy, Piotr mówił: „Ja lubię świeże, Zuzka. Jak u mamy. Mama zawsze gotowała na bieżąco”. A ja, zakochana, chciałam być tą, która potrafi. Która da mu ciepło. Która sprawi, że będzie szczęśliwy.
Tylko że „na bieżąco” szybko zamieniło się w „od nowa”. Codziennie. Czasem dwa razy dziennie. A jeśli coś zostało — zupa, sos, kotlety — to lądowało w pojemnikach, które potem stały w lodówce jak wyrzut sumienia. Ja jadłam to na szybko, w pracy, w przerwie między mailami a telefonami. Albo wyrzucałam, bo po dwóch dniach nawet ja nie miałam już siły patrzeć na te pudełka.
Pracuję w biurze rachunkowym. Nie jest to praca marzeń, ale daje stabilność. Tylko że stabilność kończy się, gdy wracam do domu i zaczyna się drugi etat. Wchodzę, zdejmuję buty, a w głowie już układam: co dziś? ile czasu? czy mam składniki? czy Piotr będzie marudził?
— Zuzka, a co na obiad? — pyta przez telefon o piętnastej, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie.
— Jeszcze jestem w pracy, Piotr. — odpowiadam, patrząc na tabelki.
— No tak, ale muszę wiedzieć. Żeby się nastawić.
Żeby się nastawić. Jakby obiad był wydarzeniem, do którego trzeba przygotować psychikę.
Najgorsze są dni, kiedy wracam później. Kiedy szefowa prosi, żebym została, bo „pilne”, bo „kontrola”, bo „terminy”. Wtedy biegnę do domu jak złodziejka czasu. W tramwaju czuję, jak serce mi wali, bo wiem, że Piotr już będzie głodny, już będzie zły, już będzie patrzył na zegarek.
— Ile można czekać? — mówi, gdy wchodzę. — Normalne żony są w domu.
Normalne żony. To zdanie wżarło mi się w skórę.
Kiedyś próbowałam rozmawiać.
— Piotr, ja nie daję rady. — powiedziałam wieczorem, gdy stałam przy zlewie i zmywałam trzecią partię naczyń. — Może byśmy czasem zjedli to, co zostało? Zupa z wczoraj jest dobra.
On nawet nie podniósł wzroku znad telefonu.
— Zuzka, ja cię nie zmuszam. Jak nie chcesz gotować, to nie gotuj.
— Ale wtedy ty nie zjesz.
— To mój problem. — wzruszył ramionami. — Ja sobie coś kupię.
I kupował. Kebaba o dwudziestej drugiej. Hot-doga na stacji. Kanapkę z Żabki. A potem narzekał, że „to syf” i że „w domu powinno być normalne jedzenie”.
Wtedy zaczęłam gotować jeszcze bardziej. Żeby nie jadł syfu. Żeby nie chorował. Żeby nie mówił, że w naszym domu jest byle jak.
Tylko że ja zaczęłam chorować. Nie na żołądek. Na duszę.
Pewnego dnia, w sobotę, obudziłam się i poczułam, że nie mam siły wstać. Leżałam i patrzyłam w sufit, a w głowie miałam listę: śniadanie, obiad, kolacja. Zakupy. Sprzątanie. Pranie. A Piotr? Piotr wstanie, zapyta, co zjem, i będzie czekał.
— Zuzka, wstajesz? — zawołał z kuchni. — Zrobiłbym jajecznicę, ale wiesz… ja nie umiem tak jak ty.
To było jak policzek. „Nie umiem”. A ja umiem wszystko? Ja się urodziłam z patelnią w ręku?
Wstałam. Zrobiłam jajecznicę. Pokroiłam pomidory. Zaparzyłam herbatę. A potem, kiedy Piotr jadł, powiedział:
— Tylko następnym razem kup świeższe pieczywo. To już takie… nie wiem.
Wtedy odłożyłam widelec.
— Piotr, to jest bułka z wczoraj. — powiedziałam cicho. — Wczoraj była świeża. Dziś jest nadal dobra.
— Dla ciebie może. — odpowiedział, jakby to była oczywistość.
I nagle zobaczyłam siebie z boku. Zuzanna, trzydzieści kilka lat, w kuchni, w której wszystko kręci się wokół tego, czy bułka jest „dzisiejsza”. I poczułam wstyd. Nie przed nim. Przed sobą.
Zadzwoniłam do mamy. Do Danuty.
— Mamo, ja nie wiem, co robić. — powiedziałam, stojąc na balkonie, żeby Piotr nie słyszał.
— A co się dzieje, dziecko? — jej głos był ciepły, ale zmęczony. Mama całe życie pracowała w sklepie, też znała zmęczenie.
— On nie je resztek. Każdego dnia muszę gotować od nowa. Jak nie ugotuję, to obraza albo kebab i pretensje. Ja już… ja nie mam siły.
Mama milczała chwilę.
— Zuzka, a ty mu kiedyś powiedziałaś, że nie będziesz? — zapytała.
— Powiedziałam. Ale on mówi, że mnie nie zmusza.
— To niech sobie kupuje. — odparła ostro. — Ty nie jesteś kucharką.
— Ale mamo, to mój mąż.
— Właśnie dlatego. — powiedziała. — Mąż to partner, nie pan.
Te słowa brzmiały jak coś, co zawsze wiedziałam, tylko bałam się wypowiedzieć.
Wieczorem Piotr siedział na kanapie, a ja stałam w kuchni i patrzyłam na garnek z rosołem. Ugotowałam go rano, bo „w sobotę rosół musi być”. Zostało pół garnka. Normalnie zamroziłabym albo zostawiła na niedzielę. Ale już wiedziałam, co będzie.
— Piotr. — zawołałam.
— No? — mruknął.
— Jutro będzie rosół. Ten sam. — powiedziałam, czując, jak drżą mi ręce.
On podniósł głowę.
— Słucham?
— Jutro będzie rosół. Ten sam, bo jest dobry. I nie będę gotować od nowa. — mówiłam wolno, jakbym uczyła się własnych słów.
Piotr wstał. Podszedł do kuchni. Oparł się o framugę.
— Zuzka, co ty wymyślasz? — jego głos był spokojny, ale w oczach miał coś twardego. — Wiesz, że ja tego nie jem.
— Wiem. — odpowiedziałam. — Ale ja też wiem, że ja już nie daję rady.
— To zrób mniej. — rzucił.
— Robię mniej. I wtedy gotuję częściej. — odpowiedziałam. — To nie działa.
— Czyli co, mam jeść jak biedak? — prychnął.
To słowo — „biedak” — uderzyło mnie w twarz. Bo my nie jesteśmy bogaci. Mamy kredyt. Raty. Czynsz. Ceny w sklepach rosną, ja liczę każdy paragon. A on mówi o „biedaku”, bo zupa z wczoraj.
— Piotr, my wyrzucamy jedzenie. — powiedziałam. — Wiesz, ile to kosztuje? Wiesz, ile ja czasu na to tracę?
— To twoja decyzja. — odpowiedział, jakby to było najprostsze na świecie.
Wtedy poczułam, że to nie chodzi o rosół. To chodzi o władzę. O to, że ja mam się kręcić, a on ma być obsłużony. Że moje zmęczenie jest niewidzialne, dopóki nie przestaję działać.
Niedziela przyszła jak test.
Postawiłam rosół na stole. Piotr spojrzał, powąchał i odsunął talerz.
— Nie. — powiedział.
— Dobrze. — odpowiedziałam, choć serce mi waliło. — W lodówce jest też chleb. Wczorajszy.
— Zuzka… — zaczął, a w jego głosie pojawiła się groźba.
— Nie będę się kłócić. — przerwałam. — Ja zjem. Ty zrób, co chcesz.
Wstał, trzasnął krzesłem. Założył kurtkę.
— Idę coś zjeść. — rzucił.
— Idź. — powiedziałam.
Kiedy zamknęły się drzwi, usiadłam i zaczęłam jeść rosół. Był pyszny. Taki, jak zawsze. I nagle… popłakałam się. Nie dlatego, że wyszedł. Tylko dlatego, że ja pierwszy raz od dawna zrobiłam coś dla siebie. Zjadłam spokojnie. Bez biegania. Bez tłumaczenia się.
Piotr wrócił po godzinie. Pachniał smażonym. Rzucił paragon na stół.
— Widzisz? Musiałem wydać trzydzieści złotych na byle co. — powiedział.
— To była twoja decyzja. — odpowiedziałam, a w środku aż mnie zaskoczyło, że potrafię powtórzyć jego własne słowa.
Patrzył na mnie długo.
— Co się z tobą dzieje? — zapytał ciszej.
— Ze mną? — uśmiechnęłam się gorzko. — Ja się budzę. Ja już nie chcę żyć w kuchni.
— Czyli co, mam sam gotować? — prychnął.
— Możesz. — powiedziałam. — Możesz też jeść to, co jest. Możesz planować ze mną posiłki. Możesz robić zakupy. Możesz… być ze mną, a nie obok mnie.
On usiadł ciężko.
— Ty przesadzasz. — mruknął.
— Może. — odpowiedziałam. — Ale ja jestem zmęczona. I to nie jest dyskusja o rosole. To jest dyskusja o szacunku.
Przez kolejne dni było napięcie. Piotr próbował mnie „przeczekać”. Chodził głodny, demonstracyjnie otwierał lodówkę i zamykał ją z hukiem. Raz powiedział:
— Jak tak dalej będzie, to ja nie wiem, czy my w ogóle do siebie pasujemy.
A ja, zamiast się przestraszyć, poczułam dziwny spokój.
— Ja też nie wiem. — odpowiedziałam.
To go zbiło z tropu.
W czwartek wróciłam z pracy i zobaczyłam, że na blacie leży siatka z zakupami. Piotr stał przy kuchence i mieszał coś w garnku. Wyglądał, jakby robił to pierwszy raz w życiu.
— Co ty robisz? — zapytałam.
— Zupę. — burknął. — Pomidorową. Z przepisu.
Podeszłam bliżej. Pachniało… normalnie. Domowo.
— I co, zjesz jutro? — zapytałam cicho.
Piotr zawahał się.
— Nie wiem. — powiedział. — Ale… może.
To „może” było małe, ale dla mnie brzmiało jak pęknięcie w murze.
Nie łudzę się, że nagle wszystko będzie idealne. Wiem, że to może być długa walka. Może terapia. Może rozmowy, które będą bolały. Może odkrycie, że jego „świeże” to nie smak, tylko lęk, kontrola, przyzwyczajenie z domu. A może po prostu wygoda, którą ja przez lata karmiłam.
Ale wiem też, że jeśli wrócę do starego, to zniknę. Zostanę tylko rękami do gotowania.
Dziś, kiedy nastawiam garnek, pytam siebie: czy ja gotuję z miłości, czy ze strachu? Czy dbam o dom, czy próbuję zasłużyć na spokój?
I powiedzcie mi… gdzie jest granica między kompromisem a rezygnacją z siebie? Ile jeszcze kobiet w Polsce wstaje przed świtem nie dlatego, że chce, tylko dlatego, że „tak trzeba”?