„Nie chcemy Dawida w weekendy” – Historia ojca, który nie potrafi mówić o synu bez łez
– Nie chcemy Dawida w weekendy, rozumiesz? – głos mojej matki był zimny jak lód, a jej spojrzenie wbijało się we mnie niczym szpilki. Stałem w kuchni rodziców, trzymając w ramionach mojego sześcioletniego syna, który właśnie skończył układać puzzle na podłodze. Dawid spojrzał na mnie pytająco, nie rozumiejąc jeszcze, że rozmowa dotyczy jego samego.
Nie wiem, kiedy zaczęło się to wszystko psuć. Może wtedy, gdy powiedziałem rodzicom, że zostanę ojcem, a matka tylko westchnęła i rzuciła: „Nie jesteś gotowy, Adamie”. Może wtedy, gdy moja żona, Magda, odeszła, zostawiając mnie z niemowlakiem, a ja musiałem nauczyć się wszystkiego od nowa – przewijania, karmienia, kołysania do snu. Może wtedy, gdy pierwszy raz przyjechałem do rodziców z Dawidem, a oni patrzyli na niego jak na obcego, jakby był intruzem w ich poukładanym świecie.
– Mamo, on jest twoim wnukiem – powiedziałem cicho, czując, jak gardło mi się zaciska. – Nie możesz go tak po prostu odrzucić.
– Adamie, to nie jest miejsce dla dziecka. My już swoje wychowaliśmy. Chcemy odpocząć. – Ojciec nawet nie spojrzał w moją stronę, udając, że czyta gazetę. – Poza tym, on jest… inny. Zbyt głośny, zbyt żywy. Nie potrafimy się z nim dogadać.
Wyszedłem z Dawidem na dwór, bo nie mogłem dłużej słuchać tych słów. Szedłem przez park, a on biegł przede mną, śmiejąc się i pokazując mi kasztany, które zbierał do kieszeni. Patrzyłem na niego i czułem, jak serce mi pęka. Jak można nie kochać takiego dziecka? Jak można nie chcieć go w swoim życiu?
Wieczorem, gdy Dawid zasnął, zadzwoniłem do Magdy. Odbierała niechętnie, jak zawsze.
– Co znowu? – zapytała znużonym głosem.
– Rodzice nie chcą Dawida na weekendy. Nie wiem, co robić. On nie ma nikogo poza mną.
– Adam, przecież wiesz, że oni zawsze byli tacy. Nie licz na nich. Musisz sobie radzić sam. – Jej głos był twardy, nieprzystępny. – Ja też nie mogę go wziąć, mam swoje życie.
Zostałem sam. Sam z moim synem, sam z moimi myślami, sam z bólem, który rozdzierał mnie od środka. Próbowałem być dla Dawida wszystkim – ojcem, matką, przyjacielem. Ale czasem czułem, że nie daję rady. Że brakuje mi sił, cierpliwości, wsparcia. Że jestem tylko człowiekiem.
Pewnego dnia Dawid wrócił ze szkoły smutny. Usiadł przy stole i długo milczał, zanim w końcu powiedział:
– Tato, dlaczego babcia i dziadek mnie nie lubią?
Zamarłem. Jak odpowiedzieć sześciolatkowi na takie pytanie? Jak wytłumaczyć mu, że dorośli potrafią być okrutni, nawet wobec własnej rodziny?
– To nie tak, synku… – zacząłem, ale głos mi się załamał. – Po prostu… czasem ludzie nie potrafią okazywać uczuć. Ale ja cię kocham. Bardzo.
Dawid przytulił się do mnie i poczułem, jak łzy spływają mi po policzkach. Nie chciałem, żeby widział mój ból, ale nie potrafiłem już dłużej udawać silnego.
W pracy też nie było łatwo. Szef coraz częściej patrzył na mnie krzywo, gdy musiałem wyjść wcześniej, bo Dawid był chory albo przedszkole było zamknięte. Koledzy z działu mówili za moimi plecami, że jestem „tym samotnym ojcem”, jakby to była jakaś wada. Czułem się coraz bardziej wyobcowany, coraz bardziej zmęczony.
Wszystko zmieniło się pewnego zimowego wieczoru, gdy Dawid dostał wysokiej gorączki. Przerażony, zawiozłem go do szpitala. Siedziałem przy jego łóżku całą noc, modląc się, żeby wyzdrowiał. Wtedy zrozumiałem, że nie mogę już dłużej liczyć na nikogo. Że muszę być silny, nawet jeśli świat się ode mnie odwrócił.
Po wyjściu ze szpitala postanowiłem, że nie będę już prosił rodziców o pomoc. Przestałem dzwonić, przestałem odwiedzać. Skupiłem się na Dawidzie, na naszej codzienności – wspólnych śniadaniach, zabawach, rozmowach przed snem. Zacząłem szukać wsparcia wśród innych samotnych rodziców, dołączyłem do grupy na Facebooku, gdzie ludzie dzielili się swoimi historiami. Tam po raz pierwszy poczułem, że nie jestem sam.
Minęły lata. Dawid dorastał, stawał się coraz bardziej samodzielny. Czasem pytał o dziadków, ale coraz rzadziej. Zamiast tego pytał mnie o życie, o marzenia, o to, czy kiedyś będzie miał własną rodzinę. Patrzyłem na niego i widziałem w nim siebie – wrażliwego, zagubionego chłopca, który pragnie tylko jednego: być kochanym.
Czasem, gdy wieczorem siedzę sam w kuchni, myślę o rodzicach. Czy żałują? Czy tęsknią za wnukiem, którego nigdy nie poznali naprawdę? Czy można kochać i jednocześnie wykluczać? Czy ja sam nie powielam ich błędów, zamykając się w swoim bólu?
Może kiedyś znajdę w sobie siłę, żeby im wybaczyć. Może Dawid nauczy mnie, jak być lepszym człowiekiem. Na razie jednak pozostaje mi tylko jedno pytanie, które nie daje mi spokoju:
Czy naprawdę można kochać kogoś i jednocześnie odrzucać? A może to ja powinienem zrobić pierwszy krok, zanim będzie za późno?