Zatrzymałam samochód i kazałam teściom zadzwonić po „idealną kobietę” – bo ja już nie mogłam dłużej udawać

– Marta, czy możesz jechać trochę szybciej? – głos teściowej przeszył ciszę w samochodzie, jakby była to kolejna z jej licznych uwag, które od lat zbierałam w sobie jak kamyki w kieszeni. Spojrzałam w lusterko. Siedziała z tyłu, obok teścia, z miną, która mówiła wszystko: znów coś robię nie tak. Paweł, mój mąż, siedział obok mnie na miejscu pasażera, ale nawet nie spojrzał w moją stronę. Udawał, że czyta coś w telefonie, jakby nie słyszał, jak jego matka po raz kolejny podważa moje kompetencje.

– Mamo, jest korek, nie mogę jechać szybciej – odpowiedziałam spokojnie, choć w środku czułam, jak narasta we mnie złość. To miał być zwykły dzień. Miałam tylko zawieźć teściów na dworzec, bo jechali do sanatorium. Ale dla nich każda okazja była dobra, żeby mi coś wytknąć.

– Gdyby prowadziła Basia, już dawno byśmy byli na miejscu – mruknął teść, nawet nie patrząc na mnie. Basia to żona starszego brata Pawła. Idealna synowa. Zawsze uśmiechnięta, zawsze gotowa do pomocy, nigdy nie narzeka. Przynajmniej tak ją widzą teściowie. Ja jestem tą drugą. Tą, która nie gotuje pierogów na święta, nie piecze ciast na imieniny i nie dzwoni codziennie, żeby zapytać, jak się czują.

Zacisnęłam dłonie na kierownicy. W głowie miałam tysiąc odpowiedzi, ale żadna nie wydawała się odpowiednia. Przez całą drogę słuchałam, jak Basia zrobiłaby to lepiej, jak ona zawsze pamięta o wszystkim, jak jej dzieci są grzeczne i dobrze wychowane. Moje dzieci, według teściowej, są za głośne, za żywe, za bardzo moje.

– Marta, a pamiętasz, żeby zabrać ich walizkę z bagażnika? – zapytała teściowa, jakby chciała mi udowodnić, że na pewno o czymś zapomniałam. – Oczywiście, że pamiętam – odpowiedziałam przez zaciśnięte zęby. – Wszystko jest na miejscu.

Paweł milczał. Zawsze milczy, kiedy jego rodzice mnie krytykują. Mówi, że nie chce się wtrącać, że to nie jego sprawa. Ale dla mnie to jest właśnie najgorsze – ta jego bierność. Jakby nie widział, jak bardzo mnie to boli.

W końcu nie wytrzymałam. Zatrzymałam samochód na poboczu, zjeżdżając na zatoczkę autobusową. – Co się dzieje? – zapytał teść, zaskoczony. – Nie mogę już dalej jechać – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Jeśli uważacie, że Basia jest lepsza, to może zadzwonicie do niej, żeby was zawiozła na dworzec. Ja już nie dam rady.

W samochodzie zapadła cisza. Teściowa patrzyła na mnie z niedowierzaniem, jakby nie mogła uwierzyć, że odważyłam się przerwać ten teatr. Paweł w końcu podniósł wzrok znad telefonu. – Marta, co ty robisz? – zapytał, ale w jego głosie nie było ani wsparcia, ani zrozumienia. – Robię to, co powinnam była zrobić już dawno – odpowiedziałam. – Przez lata słuchałam, że nie jestem wystarczająco dobra. Że nie jestem Basią. Ale ja nie chcę być Basią. Chcę być sobą. I chcę, żebyście to w końcu zaakceptowali.

Teść pokręcił głową. – Przesadzasz, dziewczyno. My tylko chcemy, żeby wszystko było dobrze. – Dla was dobrze to znaczy tak, jak wy chcecie. A ja mam już dość udawania. – Wysiadłam z samochodu, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Nie chciałam płakać przy nich, ale nie mogłam już dłużej trzymać tego w sobie.

Paweł wysiadł za mną. – Marta, wróć do samochodu, proszę. – Nie, Paweł. Albo coś się zmieni, albo ja nie dam rady dalej tak żyć. – Spojrzałam mu w oczy, szukając choć odrobiny zrozumienia. – Wiesz, jak bardzo mnie to boli? Że nigdy nie stajesz po mojej stronie? Że pozwalasz im mnie ranić?

Paweł spuścił wzrok. – To są moi rodzice… – Ale ja jestem twoją żoną! – przerwałam mu, czując, jak głos mi drży. – Czy to się dla ciebie nie liczy?

Teściowa wysiadła z samochodu, podpierając się na lasce. – Marta, nie chciałam cię urazić. Po prostu… Basia zawsze wszystko robi inaczej. – Może i robi, ale ja nie jestem Basią. I nigdy nie będę. – W końcu pozwoliłam łzom popłynąć. – Chciałabym, żebyście to w końcu zrozumieli.

Przez chwilę staliśmy wszyscy na poboczu, jak aktorzy w złym spektaklu. Samochody mijały nas, kierowcy patrzyli z ciekawością. Czułam się naga, wystawiona na widok publiczny, ale jednocześnie wolna. Po raz pierwszy od lat powiedziałam, co naprawdę czuję.

Teść westchnął. – Może rzeczywiście za bardzo porównujemy cię do Basi. Ale ona jest… inna. – Każdy jest inny – odpowiedziałam. – I każdy zasługuje na szacunek. Nawet jeśli nie jest idealny.

Paweł podszedł do mnie i objął mnie ramieniem. – Przepraszam, Marta. Powinienem był cię bronić. – Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. – Naprawdę to mówisz? – Tak. Wiem, że cię zawiodłem. Ale nie chcę cię stracić.

Teściowa otarła oczy chusteczką. – Może powinniśmy spróbować się lepiej poznać. Bez porównań. – Byłoby miło – odpowiedziałam, choć nie wierzyłam, że to takie proste.

Wróciliśmy do samochodu. Jechałam dalej, ale tym razem w ciszy. Każdy z nas miał o czym myśleć. Zawieźliśmy teściów na dworzec, pożegnaliśmy się chłodno, ale bez kolejnych uwag.

Wieczorem Paweł przyszedł do mnie do kuchni. – Marta, dziękuję, że się nie poddałaś. – Spojrzałam na niego zmęczona, ale z ulgą. – Nie wiem, czy coś się zmieni, ale musiałam to zrobić. Dla siebie. Dla nas.

Czasem zastanawiam się, ile jeszcze kobiet w Polsce żyje w cieniu „idealnych synowych”, próbując sprostać oczekiwaniom, które nigdy nie będą ich własnymi. Czy naprawdę musimy udawać, żeby zasłużyć na szacunek? A może wystarczy być sobą – nawet jeśli to oznacza zatrzymać samochód w połowie drogi i powiedzieć „dość”?