Zatrzymali mnie, śmiejąc się… Godzinę później cała komenda klęczała na kolanach. Historia o tym, jak łatwo można ocenić człowieka po pozorach.
— Proszę wyjąć wszystko z kieszeni i położyć na stole — powiedział policjant, nie patrząc mi nawet w oczy. W jego głosie słyszałam znużenie i lekceważenie, jakby to był kolejny rutynowy wieczór na komendzie w małym mieście pod Warszawą. Stałam tam, w jasnym świetle jarzeniówek, z dłońmi drżącymi nie ze strachu, ale z upokorzenia. Wokół mnie kręciło się trzech funkcjonariuszy, a ich śmiechy odbijały się echem od obdrapanych ścian.
— No, no, pani mecenas, a może raczej „pani złodziejka”? — rzucił drugi, młodszy, z ironicznym uśmiechem. — Co, nie spodobało się w sądzie, to trzeba było dorobić na boku?
Nie odpowiedziałam. W głowie miałam tylko jedno: „Nie daj się złamać, Marta. Nie teraz”.
Wszystko zaczęło się tego wieczoru, kiedy wracałam z pracy. Byłam zmęczona po kolejnej rozprawie, na której broniłam chłopaka oskarżonego o kradzież roweru. Wierzyłam w jego niewinność, ale sąd był nieugięty. W drodze do domu zatrzymałam się w sklepie spożywczym, żeby kupić chleb i mleko dla mojej córki, Zosi. Wtedy zobaczyłam, jak dwóch chłopaków wybiega ze sklepu z butelkami alkoholu. Sprzedawczyni krzyczała, a ja, nie zastanawiając się, ruszyłam za nimi. Złapałam jednego z nich za kurtkę, ale wtedy pojawiła się policja. Zamiast podziękować, skuli mnie kajdankami.
— Proszę się nie szarpać! — wrzasnął jeden z nich. — Wszystko jest nagrane, pani mecenas.
Nie miałam przy sobie dokumentów, bo torebkę zostawiłam w samochodzie. Próbowałam tłumaczyć, ale nikt mnie nie słuchał. W radiowozie czułam, jak narasta we mnie gniew. Jak łatwo można stać się „podejrzaną”, kiedy nie pasujesz do czyjegoś wyobrażenia o porządnej obywatelce.
Na komendzie kazali mi usiąść na zimnym krześle. Przesłuchanie trwało wieczność. Wciąż powtarzałam, że jestem adwokatem, że próbowałam pomóc, ale ich śmiech był coraz głośniejszy.
— Każdy tak mówi — prychnął starszy policjant. — A potem się okazuje, że to recydywista.
Zaczęłam się zastanawiać, czy to wszystko nie jest jakimś koszmarem. Przypomniałam sobie, jak ojciec powtarzał mi, że prawo jest dla wszystkich, ale sprawiedliwość — tylko dla wybranych. Wtedy drzwi do pokoju przesłuchań otworzyły się z hukiem. Wszedł komendant, Andrzej Wysocki, którego znałam jeszcze z czasów studiów. Spojrzał na mnie, potem na policjantów.
— Co tu się dzieje? — zapytał, a jego głos był lodowaty.
— Zatrzymaliśmy podejrzaną o kradzież — odpowiedział młody funkcjonariusz, nieświadomy, że właśnie podpisał na siebie wyrok upokorzenia.
Komendant podszedł do mnie, spojrzał mi w oczy i nagle zbladł.
— Marta? Marta Zielińska? — zapytał cicho.
— Tak, Andrzej. To ja. — Moje słowa były jak cios. — Chciałam pomóc, a oni…
Komendant odwrócił się do swoich ludzi. — Czy wy wiecie, kogo zatrzymaliście? To jedna z najlepszych adwokatek w województwie! — krzyknął. — Natychmiast ją odkujcie!
W pokoju zapadła cisza. Policjanci stali jak wryci. Jeden z nich, ten, który najbardziej się ze mnie śmiał, spuścił głowę.
— Przepraszam… — wymamrotał, ale nie patrzył mi w oczy.
Komendant kazał wszystkim uklęknąć i przeprosić. — Macie się uczyć pokory i szacunku dla ludzi. Każdego. Nawet jeśli wydaje się wam, że wiecie, z kim macie do czynienia.
Patrzyłam na nich, klęczących na zimnej podłodze, i czułam, jak gniew ustępuje miejsca smutkowi. Przypomniałam sobie wszystkie sprawy, które prowadziłam, wszystkie razy, kiedy ktoś był oceniany po pozorach. Ile razy sama byłam bliska, by kogoś zbyt szybko osądzić?
Po tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Wróciłam do domu, przytuliłam Zosię i poczułam, jak łzy spływają mi po policzkach. Nie ze złości, ale z bezradności. Bo wiedziałam, że takich historii są tysiące. Że każdego dnia ktoś jest upokarzany, bo nie pasuje do czyjegoś schematu.
Następnego dnia komendant zadzwonił do mnie z przeprosinami. Zaproponował spotkanie z całą komendą, żeby opowiedzieć im o tym, jak łatwo można się pomylić. Zgodziłam się, choć wciąż czułam żal. W sali konferencyjnej patrzyłam na tych samych ludzi, którzy jeszcze wczoraj się ze mnie śmiali. Opowiedziałam im swoją historię, a potem poprosiłam, by każdy z nich opowiedział o sytuacji, kiedy sam został źle oceniony. Widziałam, jak zmieniają się ich twarze, jak zrozumienie powoli zastępuje wstyd.
Od tamtej pory często wracam myślami do tej nocy. Zastanawiam się, ile razy jeszcze będę musiała udowadniać, kim jestem. Ile razy ktoś inny zostanie skrzywdzony przez czyjąś pochopną ocenę. Czy naprawdę tak trudno jest spojrzeć na człowieka bez uprzedzeń?
Czasem pytam siebie: czy gdybym nie była adwokatem, ktoś by mi uwierzył? Czy sprawiedliwość w Polsce to tylko słowo na papierze, czy coś, co naprawdę istnieje? Może to pytanie powinniśmy zadać sobie wszyscy…