Kiedy miłość staje się kpiną: Historia rozbitej duszy Marii

– Serio, Maria? Znowu spaliłaś ziemniaki? – głos Pawła odbił się echem po kuchni, a ja poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. Stałam przy kuchence, wpatrując się w garnek, jakby od tego miało zależeć moje życie. – Przecież to nie jest trudne, wystarczy patrzeć na zegarek! – dodał, a ja poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie chciałam, żeby widział, że znowu mnie zranił, więc odwróciłam się, udając, że szukam czegoś w szafce.

W takich chwilach czułam się jak dziecko, które nie potrafi sprostać oczekiwaniom rodzica. Ale przecież Paweł nie był moim ojcem, tylko mężem. Człowiekiem, którego kiedyś kochałam bezgranicznie, któremu ufałam i z którym planowałam wspólne życie. Gdzieś po drodze wszystko się rozpadło. On zaczął traktować mnie jak służącą, a ja… Ja zaczęłam wierzyć, że na nic więcej nie zasługuję.

– Wiesz co, Maria? Może powinnaś się nauczyć gotować, zanim zaczniesz się za to brać – rzucił jeszcze, wychodząc z kuchni. Słyszałam, jak trzaska drzwiami do salonu i włącza telewizor. Zostałam sama, z dymiącym garnkiem i poczuciem porażki, które przygniatało mnie coraz bardziej z każdym dniem.

Nie zawsze tak było. Kiedyś Paweł był czuły, zabawny, potrafił mnie rozśmieszyć nawet w najgorszy dzień. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie – on studiował informatykę, ja pedagogikę. Był pewny siebie, miał błysk w oku i potrafił słuchać. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Nasze początki były jak z filmu – długie spacery po Plantach, rozmowy do rana, wspólne marzenia o domu z ogrodem i dwójce dzieci. Wierzyłam, że razem możemy wszystko.

Pierwsze lata małżeństwa były szczęśliwe. Wynajmowaliśmy małe mieszkanie na Ruczaju, wieczorami gotowaliśmy razem, śmialiśmy się z własnych nieudolnych prób pieczenia ciasta. Paweł był wtedy inny – czuły, troskliwy, zawsze gotowy pomóc. Ale potem coś się zmieniło. Najpierw pojawiły się drobne złośliwości, potem coraz częstsze pretensje. Zaczęłam się zastanawiać, czy to ja się zmieniłam, czy on.

– Maria, widziałaś moje klucze? – zapytał pewnego ranka, przeszukując nerwowo kieszenie.
– Nie, nie widziałam. Może są w przedpokoju? – odpowiedziałam spokojnie.
– Zawsze coś zgubisz albo przestawisz! – warknął, jakby to była moja wina, że nie pamięta, gdzie je położył.

Z czasem takie sytuacje stały się codziennością. Każda drobnostka była pretekstem do kłótni. Paweł coraz częściej podnosił na mnie głos, wyśmiewał moje pomysły, krytykował wygląd. „Może byś się w końcu za siebie wzięła, Maria? Inne kobiety po trzydziestce wyglądają lepiej” – usłyszałam któregoś wieczoru, kiedy przymierzałam nową sukienkę. Poczułam się wtedy, jakby ktoś uderzył mnie w twarz.

Próbowałam z nim rozmawiać. Prosiłam, żebyśmy poszli na terapię, żebyśmy spróbowali coś naprawić. – Nie przesadzaj, Maria. Wymyślasz problemy, których nie ma – ucinał każdą próbę rozmowy. Z czasem przestałam próbować. Zaczęłam zamykać się w sobie, unikać kontaktu, żyć obok niego, a nie z nim.

Najgorsze były wieczory. Siedziałam sama w sypialni, słysząc, jak Paweł śmieje się do telefonu, rozmawiając z kolegami. Czasem miałam wrażenie, że śmieje się ze mnie. W głowie słyszałam jego słowa: „Jesteś beznadziejna, Maria. Nikt cię nie zechce”. Zaczęłam w to wierzyć. Przestałam spotykać się z przyjaciółkami, unikałam rodzinnych spotkań, bo nie chciałam, żeby ktoś zobaczył, jak bardzo się zmieniłam.

Mama dzwoniła co tydzień, pytając, czy wszystko w porządku. – Tak, mamo, wszystko dobrze – kłamałam, choć w środku czułam się jak wrak. Nie chciałam jej martwić. Wiedziałam, że nie zrozumie. Ona i tata byli razem od czterdziestu lat, zawsze zgodni, wspierający się nawzajem. Ja nie miałam odwagi przyznać, że moje małżeństwo to porażka.

Pewnego dnia, kiedy wróciłam z pracy, zobaczyłam Pawła siedzącego przy komputerze. Na ekranie migało okno Messengera. Przez ramię zobaczyłam, że pisze z jakąś kobietą. – Kto to? – zapytałam, starając się, żeby mój głos brzmiał spokojnie.
– Koleżanka z pracy. Nie rób scen, Maria – odpowiedział, nawet na mnie nie patrząc.
– O czym piszecie? – nie mogłam się powstrzymać.
– O pracy, przecież mówię. Przestań być taka zazdrosna, to żałosne – rzucił, wyłączając ekran.

Nie spałam całą noc. W głowie kłębiły mi się myśli: czy mnie zdradza? Czy to ja jestem winna? Może gdybym była ładniejsza, mądrzejsza, bardziej interesująca…

Następnego dnia, kiedy Paweł wyszedł do pracy, przeszukałam jego komputer. Znalazłam dziesiątki wiadomości do różnych kobiet. Flirty, żarty, zdjęcia. Poczułam, jak świat usuwa mi się spod nóg. Usiadłam na podłodze i płakałam, nie mogąc złapać tchu. To był moment, w którym zrozumiałam, że nie jestem już dla niego nikim ważnym. Stałam się tłem, kimś, kogo można ignorować, wyśmiewać, zdradzać.

Przez kolejne dni chodziłam jak cień. W pracy udawałam, że wszystko jest w porządku, ale koleżanka, Ania, zauważyła, że coś jest nie tak. – Maria, co się dzieje? – zapytała, kiedy zostałyśmy same w kuchni.
– Nic, po prostu jestem zmęczona – odpowiedziałam, ale głos mi zadrżał.
– Wiem, że coś jest nie tak. Możesz mi powiedzieć – nalegała.

Nie wytrzymałam. Opowiedziałam jej wszystko – o Pawle, o jego kpinach, o zdradzie. Ania przytuliła mnie mocno. – Nie możesz tak żyć, Maria. Zasługujesz na coś lepszego – powiedziała. Jej słowa długo dźwięczały mi w głowie.

Wieczorem, kiedy Paweł wrócił do domu, zebrałam się na odwagę.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam stanowczo.
– O czym znowu? – westchnął, nie odrywając wzroku od telefonu.
– Wiem o wszystkim. Wiem, że mnie zdradzasz. Wiem, że mnie nie szanujesz. Nie chcę tak żyć – powiedziałam, czując, jak drżą mi ręce.

Paweł spojrzał na mnie z politowaniem.
– Przesadzasz, Maria. Każdy czasem potrzebuje odskoczni. Ty też mogłabyś się trochę ogarnąć, zamiast ciągle narzekać – rzucił, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

Wtedy coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że nie mogę dłużej pozwalać, żeby ktoś mnie niszczył. Spakowałam kilka rzeczy, zadzwoniłam do Ani i poprosiłam, czy mogę u niej przenocować. – Oczywiście, przyjedź od razu – odpowiedziała bez wahania.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałam na kanapie u Ani, patrząc w sufit. Czułam strach, ale też ulgę. Po raz pierwszy od lat poczułam, że mam wybór. Że mogę zawalczyć o siebie.

Rozwód nie był łatwy. Paweł próbował mnie przekonać, żebym wróciła, obiecywał, że się zmieni. Ale ja już nie wierzyłam w jego słowa. Przestałam się bać samotności. Zrozumiałam, że lepiej być samą niż z kimś, kto mnie niszczy.

Dziś mieszkam sama w małym mieszkaniu na Podgórzu. Uczę się na nowo żyć, odbudowuję relacje z rodziną i przyjaciółmi. Czasem jeszcze budzę się w nocy z lękiem, ale coraz częściej czuję spokój. Wiem, że zasługuję na szacunek i miłość. I choć droga do tego była bolesna, dziś jestem silniejsza.

Często zastanawiam się, ile kobiet tkwi w takich związkach, bo boją się samotności, bo wierzą, że nie zasługują na więcej. Czy naprawdę musimy cierpieć, żeby zrozumieć swoją wartość? A może wystarczy jeden krok, by zacząć wszystko od nowa?