Moja córka nosi Versace, ja chodzę w dresie z bazaru. Czy jestem złą matką?
— Znowu w tym dresie, Anka? — głos mojej matki przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, myjąc kubek po porannej kawie, kiedy weszła bez pukania, jak zawsze. — Nie wstyd ci? Twoja córka wygląda jak z żurnala, a ty jakbyś przyszła prosto z bazaru.
Poczułam, jak policzki płoną mi ze wstydu, ale nie odwróciłam się. Znałam już ten ton, ten wzrok, którym mnie mierzyła. Od lat słyszałam te same słowa, odkąd Sofia zaczęła dorastać i marzyć o rzeczach, na które mnie nie było stać. Ale ja… ja chciałam, żeby miała wszystko, czego ja nie miałam. Nawet jeśli oznaczało to, że sama będę chodzić w starym dresie, który kupiłam na targu za dwadzieścia złotych.
— Mamo, to tylko ubrania — odpowiedziałam cicho, próbując nie dać się sprowokować. — Ważne, że Sofia jest szczęśliwa.
— Szczęśliwa? — prychnęła. — Szczęście nie rośnie na drzewach. Ty ją rozpieszczasz, a sama wyglądasz jak nędzarka. Co ludzie powiedzą?
Co ludzie powiedzą. To zdanie słyszałam przez całe życie. Kiedy byłam dzieckiem i nie miałam nowych butów na rozpoczęcie roku szkolnego. Kiedy nie mogłam iść na studniówkę, bo nie było nas stać na sukienkę. Teraz, kiedy jestem matką, znowu muszę się tłumaczyć. Ale tym razem nie zamierzałam się poddać.
Sofia przyszła do kuchni, ubrana w nową sukienkę Versace, którą kupiłam jej na raty. Miała siedemnaście lat, długie, ciemne włosy i oczy pełne marzeń. — Cześć, babciu — powiedziała z uśmiechem, nieświadoma napięcia w powietrzu.
— Cześć, kochanie — odpowiedziała moja matka, nagle łagodniejąc. — Ale pięknie wyglądasz. — Spojrzała na mnie z wyrzutem, jakby chciała powiedzieć: „Widzisz? Tak powinna wyglądać kobieta.”
Po śniadaniu Sofia wyszła do szkoły, a ja zostałam sama z matką. — Anka, nie rozumiem cię. Sama chodzisz w łachmanach, a dziecku kupujesz takie rzeczy. To nie jest normalne.
— Może nie jest — odpowiedziałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. — Ale ja chcę, żeby miała lepiej. Żeby nie musiała się wstydzić, tak jak ja kiedyś.
Matka pokręciła głową i wyszła, trzaskając drzwiami. Zostałam sama, z tym samym pytaniem, które wracało do mnie co noc: czy jestem złą matką?
Mój mąż, Tomek, odszedł, kiedy Sofia miała pięć lat. Zostawił nas z długami i pustką, której nie dało się niczym wypełnić. Pracowałam na dwa etaty — rano sprzątałam w szkole, po południu dorabiałam w sklepie spożywczym. Każdą złotówkę odkładałam na Sofię. Kiedy prosiła o markowe buty, serce mi się krajało, bo wiedziałam, że nie stać mnie nawet na nowe spodnie dla siebie. Ale patrząc na jej uśmiech, czułam, że warto.
W szkole Sofia była inna niż reszta dzieci. Zawsze zadbana, ubrana modnie, choć czasem zbyt dorosło jak na swój wiek. Koleżanki jej zazdrościły, nauczycielki patrzyły z uznaniem. Ale ja widziałam, jak bardzo się stara, żeby nie odstawać. Jak bardzo chce być akceptowana. Kiedyś wróciła do domu zapłakana, bo ktoś wyśmiał jej stare buty. Wtedy obiecałam sobie, że już nigdy nie pozwolę, by czuła się gorsza.
Ale za każdym razem, gdy kupowałam jej coś drogiego, czułam ukłucie wstydu. Bo ja… ja chodziłam w tym samym dresie, tej samej kurtce od lat. W sklepie ludzie patrzyli na mnie z góry. — To pani córka? — pytali czasem, nie dowierzając, że taka piękna dziewczyna może mieć tak zaniedbaną matkę. Słyszałam szepty za plecami, widziałam spojrzenia pełne pogardy.
Najgorsze były rodzinne spotkania. Moja siostra, Kasia, zawsze elegancka, z mężem prawnikiem i dwójką dzieci w prywatnej szkole, patrzyła na mnie z wyższością. — Anka, może byś w końcu pomyślała o sobie? — mówiła, nalewając sobie kawy. — Dziecko ci wyrośnie na egoistkę, jeśli będziesz jej wszystko dawać.
— Nie rozumiesz — odpowiadałam, próbując nie płakać. — Ty zawsze miałaś wszystko. Ja muszę walczyć o każdy grosz.
— Ale za jaką cenę? — pytała Kasia. — Za cenę własnej godności?
Czasem sama nie wiedziałam, czy mam rację. Czy naprawdę robię to dla Sofii, czy może próbuję zrekompensować własne braki? Czy nie powinnam nauczyć jej, że życie to nie tylko markowe ubrania i akceptacja innych?
Pewnego dnia, kiedy wróciłam z pracy, zastałam Sofię płaczącą w swoim pokoju. — Co się stało, kochanie? — zapytałam, siadając obok niej na łóżku.
— Mamo, ja… ja nie chcę już tych wszystkich rzeczy. Dziewczyny w szkole mówią, że jestem rozpieszczona. Że udaję kogoś, kim nie jestem. — Spojrzała na mnie przez łzy. — Czy ja naprawdę jestem taka?
Zatkało mnie. Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. — Sofciu, ja tylko chciałam, żebyś była szczęśliwa. Żebyś nie musiała się wstydzić, tak jak ja kiedyś.
— Ale ja się wstydzę, mamo. Wstydzę się, że wszyscy myślą, że jestem lepsza, bo mam drogie rzeczy. A ja… ja chcę być po prostu sobą.
Objęłam ją mocno, czując, jak łzy spływają mi po policzkach. Może popełniłam błąd. Może za bardzo chciałam ją chronić przed światem, który mnie zranił. Może powinnam była nauczyć ją, że wartość człowieka nie zależy od metki na ubraniu.
Od tamtej pory zaczęłyśmy rozmawiać. O marzeniach, o lękach, o tym, co naprawdę jest ważne. Sofia zaczęła nosić zwykłe ubrania, czasem nawet po mnie. Ja… ja kupiłam sobie nową bluzę, nie z bazaru, ale z oszczędności. Po raz pierwszy od lat poczułam się dobrze sama ze sobą.
Moja matka wciąż mnie krytykuje, Kasia patrzy z politowaniem. Ale ja wiem, że zrobiłam wszystko, co mogłam. Dla Sofii. Dla siebie.
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy naprawdę jestem złą matką, jeśli kocham swoje dziecko ponad wszystko? Czy poświęcenie zawsze musi oznaczać rezygnację z siebie? Może prawdziwa miłość to nie tylko dawanie, ale też uczenie, jak być sobą — nawet jeśli świat tego nie rozumie…