„Proszę pana, ten chłopak był ze mną w domu dziecka” — a portret, który rozwalił mój świat

„Proszę pana, ten chłopak był ze mną w domu dziecka do czternastego roku życia” — głos Haliny odbił się od marmuru jak strzał.

Zamarłem. W korytarzu pachniało woskiem i drogimi perfumami. A ja nagle poczułem w gardle zapach zupy z proszku i mokrych butów z internatu.

Marek stał obok mnie. W garniturze, spokojny. Właściciel tego domu. Mój ojciec — odkąd pamiętam.

„Halina, co ty wygadujesz?” — syknął.

Halina zacisnęła usta. W ręku trzymała ściereczkę, jak tarczę. „Nie wygaduję. Ja go znam. To jest… ten chłopak. Ten sam wzrok.”

Spojrzałem na portret, przed którym Marek stał chwilę wcześniej jak sparaliżowany. Stary obraz. Mężczyzna w mundurze z czasów wojny. A obok niego chłopiec. Z blizną na brwi.

Moja blizna.

„To niemożliwe” — powiedziałem cicho.

Marek odwrócił się do mnie. Jego twarz była nagle obca. „Nie słuchaj jej. Ona ma swoje… historie.”

„Ja mam historię!” — Halina weszła krok do przodu. — „Nazywałeś się wtedy Paweł. Byłeś chudy jak patyk. Bałeś się ciemności. Uciekałeś do pralni, bo tam było ciepło.”

Serce uderzyło mi w skronie.

„Skąd pani to wie?” — wyrwało mi się.

Marek chwycił mnie za łokieć. Mocno. Za mocno. „Idziemy do gabinetu.”

„Nie!” — Halina podniosła głos. — „Niech pan go nie ciągnie jak wtedy, kiedy przyjechali po niego ludzie z miasta. Pamiętam. Płakał.”

W jednej sekundzie wróciły obrazy. Korytarz w domu dziecka. Zapach płynu do podłóg. Kobieta w płaszczu, która mówiła: „Będziesz miał lepiej”. I mężczyzna, który nie patrzył mi w oczy.

Marek.

„To ty?” — spytałem.

Cisza zrobiła się gęsta. Tylko zegar tykał jakby szybciej.

Marek puścił mnie i poprawił mankiet. Jakby to miało go uratować. „Paweł… słuchaj. Ja chciałem dobrze.”

„Dlaczego mi nie powiedziałeś?”

„Bo w tym kraju ludzie mają języki ostrzejsze od noży.” — wskazał na korytarz, na dom, na wszystko. — „Bo w biznesie wystarczy jedna plotka. Bo twoja matka…”

„Moja matka?”

Marek przełknął ślinę. „Ewa nie mogła mieć dzieci. Błagała. A ja… ja załatwiłem. Żebyś miał rodzinę. Żeby ona miała sens.”

Halina aż syknęła. „Załatwiłeś? Jak mebel? Jak obraz?”

„Nie wtrącaj się!” — Marek stracił panowanie. — „To mój dom.”

„To jego życie!” — Halina uderzyła dłonią w powietrze. — „On ma prawo wiedzieć, kim jest!”

Wtedy z salonu dobiegł dźwięk obcasów. Ewa.

Weszła w idealnej sukience, z idealnym uśmiechem, który zgasł, gdy zobaczyła nasze twarze. „Co się tu dzieje?”

Marek podszedł do niej szybko. „Nic. Halina pomyliła…”

„Nie pomyliłam” — powiedziała Halina spokojniej, ale twardo. — „Pani Ewo, on był w domu dziecka. Ja go wychowywałam na zmianie nocnej. Ja mu czytałam, jak miał gorączkę.”

Ewa pobladła. Najpierw spojrzała na Marka. Potem na mnie. I nagle zobaczyłem w jej oczach coś, czego nie znałem: strach.

„Pawełku…” — zaczęła.

„Nie mów do mnie tak” — przerwałem jej. Głos mi zadrżał. — „Jak mam na imię naprawdę?”

Ewa zacisnęła palce na torebce. „To nieważne.”

„Ważne.”

Marek wszedł między nas. „Synu, proszę cię. Uspokój się. Zrobiliśmy to dla ciebie. Dla nas. Rodzina jest najważniejsza.”

Słowo „rodzina” uderzyło mnie jak policzek.

„A prawda?” — zapytałem. — „Też jest najważniejsza, czy tylko to, co ludzie powiedzą?”

Ewa wyszeptała: „Ludzie są okrutni.”

„A wy?”

Halina stała cicho, ale widziałem, że ma łzy w oczach. „Paweł… ja nie chciałam ci robić krzywdy. Ja tylko… nie mogłam patrzeć, jak oni udają, że ciebie nie było wcześniej.”

Marek nagle wskazał na portret. „To mój ojciec. Ten chłopiec obok… to ja. Bliznę mam taką samą. Ty ją masz, bo… bo jesteś mój.”

Zrobiło mi się słabo.

„Czyli…?”

Ewa odwróciła twarz. „Marek miał dziecko zanim mnie poznał. Matka zmarła. A on… bał się skandalu. Bał się, że straci firmę. Że go zjedzą.”

„Więc oddałeś mnie do domu dziecka.”

Marek zaczął mówić szybko, jakby chciał zagadać ból. „Ja wtedy nie byłem gotowy. Miałem długi. Wszystko się sypało. Myślałem, że tam będzie… bezpiecznie. Potem cię stamtąd wyciągnąłem. Dałem ci nazwisko, szkoły, przyszłość.”

„Dałeś mi kłamstwo.”

W salonie znów zapadła cisza. Słyszałem tylko własny oddech.

„Jeśli to wyjdzie…” — Ewa urwała. — „Jeśli ktoś się dowie, że Marek miał dziecko, że było w domu dziecka… prasa nas rozszarpie. Twoi znajomi… twoja dziewczyna… wszyscy.”

„Moja dziewczyna?” — powtórzyłem. — „To wy się boicie, że ktoś będzie na mnie patrzył inaczej.”

Marek złapał mnie za ramiona. „Paweł. Proszę. Nie rób tego nam. Nie teraz. Jesteś częścią tej rodziny.”

A ja zobaczyłem nagle, jak bardzo to słowo może być kajdanami.

Halina podeszła bliżej. „Nie musisz wybierać między nimi a sobą. Ale musisz przestać udawać.”

„Co mam zrobić?” — spytałem, już na głos, jak dziecko.

Ewa wciągnęła powietrze. „Zostań. Zapomnij. My ci wszystko wynagrodzimy.”

Marek dodał: „I nikt nie będzie cierpiał.”

„Ja już cierpię” — powiedziałem.

Wziąłem kurtkę z wieszaka. Ręce mi drżały. „Halina… pamiętasz, gdzie było to miejsce? Ten dom dziecka?”

Marek krzyknął: „Nie waż się!”

Halina spojrzała na mnie długo. „Pamiętam.”

Ewa zrobiła krok w moją stronę. „Pawełku, proszę…”

„Nie jestem waszą dekoracją” — odpowiedziałem. — „Nie jestem portretem na ścianie.”

Otworzyłem drzwi. Zimne powietrze uderzyło mnie w twarz jak prawda.

Za plecami usłyszałem głos Marka, już nie twardy, tylko pęknięty: „Synu… wróć.”

Nie odwróciłem się.

Bo pierwszy raz w życiu nie chciałem być grzeczny. Chciałem być prawdziwy.

I teraz pytam siebie: czy można zbudować rodzinę na tajemnicy i nie zapłacić za to czyimś dzieciństwem?
A wy — wybralibyście spokój, czy prawdę, która boli najbardziej?