Serce matki pęka tylko raz – historia utraty, której nie da się zapomnieć

— Mamo, nie puszczaj mnie, proszę! — krzyczał Staś, gdy próbowałam go odciągnąć od drzwi. Jego małe palce wbijały się w moją dłoń, a ja czułam, jak serce rozdziera mi się na pół. Była noc, ciemność za oknem gęstniała, a w naszym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie panował chaos. Krzysztof, mój mąż, wrzeszczał przez telefon, przeklinając los i mnie, a ja próbowałam zachować spokój. Staś miał gorączkę, a ja byłam przekonana, że to tylko przeziębienie. Nie chciałam jechać na SOR, bo przecież lekarze i tak powiedzą, że to wirus, że trzeba czekać. Ale tej nocy wszystko się zmieniło.

Kiedy Staś przestał płakać i jego rączka bezwładnie opadła, poczułam, jak świat się zatrzymał. Krzysztof wbiegł do pokoju, wytrącił mi telefon z ręki i zaczął krzyczeć, że to moja wina. — Mówiłem ci, żebyś nie czekała! — wrzeszczał, a ja nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Karetka przyjechała za późno. Lekarze próbowali go reanimować, ale wiedziałam, że już go nie odzyskam. Mój synek, mój świat, odszedł ode mnie na zawsze.

Następne dni były jak koszmar, z którego nie mogłam się obudzić. Krzysztof nie wracał do domu, a kiedy już się pojawiał, patrzył na mnie z nienawiścią. — To przez ciebie go nie ma — powtarzał, a ja zaczęłam w to wierzyć. Moja mama przyjechała z Radomia, próbowała mnie pocieszać, ale jej słowa odbijały się ode mnie jak od ściany. — Musisz być silna, Aniu, masz jeszcze życie przed sobą — mówiła, a ja miałam ochotę krzyczeć, że nie chcę już żyć, że nie mam po co.

Pogrzeb był cichy, skromny. Staś leżał w białej trumience, wyglądał jakby spał. Wszyscy mówili, że teraz jest aniołkiem, że już nie cierpi. Ale ja czułam tylko pustkę. Po pogrzebie Krzysztof wyprowadził się do swojej matki. Zostawił mnie samą z żałobą, z oskarżeniami, z ciszą, która bolała bardziej niż krzyk. Przestałam jeść, przestałam spać. Każda noc była powrotem do tamtej chwili, kiedy Staś przestał oddychać. Widziałam jego oczy, słyszałam jego głos. — Mamo, nie puszczaj mnie…

Przyjaciele przestali dzwonić. Sąsiedzi patrzyli na mnie z litością, niektórzy szeptali za moimi plecami. W pracy dali mi urlop, ale wiedziałam, że nie wrócę tam już nigdy. Każdy dzień był walką o przetrwanie. Czasem myślałam, żeby po prostu odejść, żeby już nie czuć tego bólu. Ale wtedy przypominałam sobie Stasia, jego uśmiech, jego śmiech, kiedy biegał po parku. Czy on by tego chciał? Czy wybaczyłby mi, gdybym się poddała?

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie teściowa. — Aniu, Krzysztof jest w szpitalu, załamał się. Może powinnaś do niego pojechać? — Jej głos był zimny, oskarżycielski. Pojechałam. Krzysztof leżał na łóżku, blady, wychudzony. Spojrzał na mnie i pierwszy raz od śmierci Stasia nie zobaczyłam w jego oczach nienawiści, tylko pustkę. — Przepraszam — wyszeptał. — Nie umiem ci wybaczyć, ale nie umiem też żyć bez ciebie. — Usiadłam obok niego i płakaliśmy razem. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam, że nie jestem sama w tym bólu.

Zaczęliśmy chodzić na terapię. To nie było łatwe. Każda sesja była jak rozdrapywanie świeżej rany. Krzysztof często wychodził w połowie, trzaskał drzwiami. Ja płakałam, mówiłam o winie, o strachu, o tym, że nie zasługuję na przebaczenie. Psycholog powtarzała, że żałoba to proces, że musimy nauczyć się żyć z bólem, a nie przeciwko niemu. Ale jak nauczyć się żyć, kiedy wszystko, co kochałam, zostało mi odebrane?

Minęły dwa lata. Krzysztof wrócił do domu, ale już nie byliśmy tą samą rodziną. Czasem rozmawiamy o Stasiu, oglądamy jego zdjęcia, wspominamy, jak śmiał się, kiedy padał pierwszy śnieg. Ale między nami jest mur, którego nie potrafimy zburzyć. Moja mama mówi, że powinnam spróbować jeszcze raz, że życie toczy się dalej. Ale ja nie wiem, czy potrafię. Każde dziecko, które widzę na placu zabaw, przypomina mi mojego synka. Każda matka, która tuli swoje dziecko, budzi we mnie zazdrość i ból.

Czasem myślę, że powinnam wyjechać, zacząć wszystko od nowa. Ale czy można uciec przed własnym sercem? Czy można zapomnieć o tym, co się straciło? Wiem jedno: nigdy nie przestanę kochać Stasia. On był moim światem, moim słońcem. Teraz żyję tylko jego wspomnieniem.

Czy kiedyś nauczę się wybaczać sobie? Czy można jeszcze odnaleźć sens, kiedy serce matki pękło na zawsze?