„Nie mów do mnie: córciu” — Anna, kolacja, która rozdarła mi życie

„Córciu, weź jeszcze ziemniaków.”

Zamarłam z widelcem w ręku. Katalina uśmiechała się szeroko, jakby właśnie zrobiła coś dobrego. Ojciec siedział obok niej, prosty jak kij, i patrzył na mnie tym spojrzeniem: nie rób scen.

„Nie mów do mnie tak.” Głos mi się załamał, ale nie cofnęłam słów.

Katalina westchnęła teatralnie. „Ja tylko chciałam…”

„Chciałaś zająć jej miejsce.” Powiedziałam to głośniej, niż planowałam. W pokoju zrobiło się cicho. Tylko zegar tykał.

Ojciec odłożył nóż. „Anna, przestań. Katalina stara się. W domu ma być spokój.”

„Spokój?” prychnęłam. „Mama ledwo minęło dwa lata, a ty robisz tu teatr. I każesz mi klaskać.”

„Nie przesadzaj.” Ojciec mówił twardo. „Ludzie patrzą. Rodzina musi wyglądać normalnie.”

To słowo — „ludzie” — zawsze wygrywało u nas z prawdą.

Katalina pochyliła się do mnie, słodkim tonem. „Wiesz, Anna, trzeba umieć iść dalej. Tak już jest.”

„Ty nie wiesz, jak było.” Uderzyłam dłonią w stół. Szklanki zadźwięczały. „Ty przyszłaś tu, kiedy ja jeszcze spałam na jej swetrze, bo pachniał nią.”

Ojciec wstał. Krzesło zgrzytnęło po podłodze. „Dosyć. Albo przepraszasz, albo wychodzisz.”

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie jak krzyk. Jak cieniutka żyłka, którą trzymałam wszystko.

„Dobrze.” Wstałam. „Wyjdę.”

„Anna…” Ojciec zrobił krok. Już nie był zły. Był przestraszony. „Nie rób tego.”

„Zawsze robię to, czego chcesz.” Założyłam kurtkę drżącymi rękami. „Dzisiaj nie.”

Na klatce schodowej zadzwonił telefon. Bence.

Odebrałam, bo głupio jeszcze wierzyłam, że ktoś mnie złapie, zanim spadnę.

„No i jak?” zapytał lekko, jakby pytał o pogodę. „Zrobiliście już tę rodzinną sielankę?”

„Bence… ja nie daję rady.”

Chwila ciszy. Potem jego westchnięcie. „Anna, nie zaczynaj. Mówiłem ci, że musisz się dostosować. Tak jest w życiu. Nie będziemy się kopać z koniem.”

„Ja nie chcę się dostosować.”

„To co chcesz?” Jego głos stwardniał. „Żebym ja teraz przyjechał i walczył z twoim ojcem? Przecież to bez sensu.”

„Chcę, żebyś był po mojej stronie.”

Zaśmiał się krótko. „Po twojej stronie? Anna, ja chcę spokoju. Planujemy przyszłość, a ty ciągle wracasz do przeszłości. Ludzie mają gorzej.”

„Mama umarła, a ty mówisz: ludzie mają gorzej?”

„Nie przekręcaj.”

„To ty przekręcasz mnie.” Serce biło mi w gardle. „Obiecywałeś, że będziemy razem, że wyjedziemy, że zacznę od nowa.”

„Bo tak myślałem.” Zrobił się chłodny. „Ale widzę, że ty jesteś… trudna. Ciągle dramat. Moja matka też mówi, że z tobą będą kłopoty.”

Zrobiło mi się niedobrze. „Twoja matka?”

„No tak. Rozmawialiśmy. To normalne.”

Normalne. Znowu to słowo. Normalne było wszystko, co mnie miażdżyło.

„Czyli już zdecydowałeś.”

„Anna, nie rób scen.”

Łzy spadły mi na ekran telefonu. „To nie jest scena. To moje życie.”

„Dobra.” Usłyszałam zniecierpliwienie. „Jak chcesz. Ja nie mam siły. Odezwij się, jak ochłoniesz.”

Rozłączył się pierwszy.

Stałam pod blokiem, w zimnie, i nagle dotarło do mnie, że ja całe życie próbowałam być wygodna dla innych. Dobra córka dla ojca. Grzeczna „córciu” dla Kataliny. Bezproblemowa dziewczyna dla Bencego.

Wróciłam na górę, ale nie do mieszkania. Usiadłam na schodach między piętrami. Drżałam. Po chwili drzwi się uchyliły. Ojciec wysunął głowę.

„Anna.” Ciszej. Bez rozkazów. „Wejdź.”

„Nie.”

„Katalina płacze.”

„A ja?” zapytałam. „Kiedy ja płakałam, to mówiłeś: nie przesadzaj. Nie pokazuj ludziom.”

Ojciec zamilkł. Potem powiedział coś, czego nie spodziewałam się nigdy.

„Ja też się boję.”

„Czego?”

„Że zostanę sam.” Jego głos drżał. „Po mamie… ja nie umiałem. Myślałem, że jak będzie ktoś w domu, to będzie… normalnie.”

„Nie jest normalnie, tato.” Przełknęłam ślinę. „Jest pusto. I ty każesz mi udawać, że nie.”

Oparł się o framugę. „Nie chciałem cię zranić.”

„A wyszło jak zawsze.”

Wtedy Katalina krzyknęła z kuchni: „Andrzej, powiedz jej, żeby przestała robić wstyd!”

Ojciec zamknął oczy. Jakby dostał w twarz.

„Słyszysz?” szepnęłam. „To jest ta nowa rodzina. Wstyd. Ludzie. Spokój. A ja mam się w to wcisnąć.”

Nie odpowiedział. Po raz pierwszy nie miał gotowego zdania.

Wstałam. „Tato, ja się wyprowadzę.”

„Dokąd?”

„Do cioci Magdy. Na razie.”

„A studia? Praca?”

„Jakoś.” Wytarłam policzki rękawem. „Bo jak zostanę, to się uduszę.”

Patrzył na mnie długo. W końcu tylko kiwnął głową.

„Dobrze.” Głos mu się złamał. „Tylko… nie znikaj.”

„Nie zniknę.” Zawahałam się. „Ale już nie będę udawać.”

Zeszłam po schodach wolno, jakby każdy stopień był decyzją. W kieszeni telefon milczał. I nagle ta cisza była ulgą.

Rano spakowałam dwie torby. Ojciec stał w przedpokoju. Katalina nawet nie wyszła.

„Masz.” Ojciec podał mi małe pudełko. W środku był łańcuszek mamy. Ten, który zniknął po pogrzebie.

„Skąd to masz?” wyszeptałam.

Spuścił wzrok. „Katalina schowała. Mówiła, że… że lepiej będzie zacząć od nowa.”

Zacząć od nowa. Zabrać ślady. Zakleić pamięć.

„Oddaję ci.” Ojciec prawie nie mógł mówić. „To twoje. Przepraszam.”

Wzięłam łańcuszek. Był zimny i ciężki jak prawda.

Nie powiedziałam mu „wybaczam”, bo to nie działa jak przełącznik. Powiedziałam tylko:

„Zadzwoń, jak będziesz gotowy przestać grać przed ludźmi.”

Wyszedł za mną na klatkę. „Anna… a Bence?”

Uśmiechnęłam się krzywo. „Bence chciał spokoju. Nie mnie.”

I wtedy, pierwszy raz od dawna, poczułam, że to nie ja jestem problemem. Że problemem jest to, jak bardzo w Polsce uczą nas, żeby nie robić wstydu, żeby zaciskać zęby, żeby być wdzięczną.

A ja już nie chcę być wdzięczna za okruchy.

Dziś noszę łańcuszek mamy pod swetrem. Nie dla dramatu. Dla pamięci. Dla siebie.

I myślę: ile jeszcze razy mamy wybierać między „rodzina przede wszystkim” a własnym oddechem? Kiedy wreszcie przestaniemy żyć pod dyktando tego, co „ludzie powiedzą”?