Zabrałam na siebie wnuka, a oni zabrali mi spokój

„Mamo, to tylko na chwilę. Przecież i tak siedzisz w domu” — powiedział Paweł, a ja poczułam, jakby ktoś mi przycisnął klatkę piersiową.

„Nie siedzę. Ja ledwo oddycham czasem” — odpowiedziałam, ale już widziałam wzrok Ewy. Taki chłodny. Oceniła mnie od stóp do głów.

„Helena, my naprawdę nie mamy wyjścia. Ja muszę wrócić do pracy. Kredyt. Raty. Wszystko drożeje” — rzuciła szybko, jakby to był wyrok.

A potem wniosła Olka w kurtce za dużej o dwa rozmiary. Miał czerwone policzki i mokre rzęsy. Przytulił się do mnie bez pytania. I to mnie złamało.

„Babciu…” — szepnął.

Zgodziłam się. Wbrew zmęczeniu. Wbrew temu, że byłam na emeryturze chorobowej i liczyłam każdy grosz. Wbrew temu, że czułam, jak w tej rodzinie moja rola ma być prosta: dawać.

Pierwsze tygodnie były jak maraton. Olek budził się o piątej. „Babciu, siku.” Potem kaszka, przedszkole, pranie, zupa. Nogi mi puchły, kręgosłup palił, ale zaciskałam zęby.

Ewa wpadała wieczorem. Pachniała perfumami i pośpiechem.

„Nie przesadzaj, Helena, inne babcie też pomagają” — mówiła, kiedy prosiłam, żeby chociaż w weekend go zabrali.

Paweł milczał. Patrzył w telefon.

„Synu, ja już nie daję rady” — mówiłam.

„Mamo, nie rób scen. Wszyscy teraz mają ciężko” — ucinał.

I tak „na chwilę” zrobiło się miesiącami.

Któregoś dnia poszłam do apteki i usłyszałam cenę. Zabrakło mi na receptę. Serce mi stanęło. Wróciłam do domu, zalogowałam się do banku i zobaczyłam przelewy. Duże. Kilka. Opis: „opłaty”, „zakupy”, „rata”.

Dłonie mi się trzęsły tak, że nie mogłam trafić palcem w ekran.

„Paweł!” — krzyknęłam.

Przyszedł po godzinie, z Ewą.

„Co to jest?” — pokazałam mu telefon.

Ewa nawet nie udawała zdziwienia.

„Helena, no co ty… Przecież i tak byś nam pomogła. A my nie mieliśmy już z czego. To rodzina” — powiedziała spokojnie.

„Bez pytania?” — głos mi się załamał.

Paweł wzruszył ramionami.

„Mamo, nie rób afery. Olek na tym korzysta. Chcesz mu zabrać?”

To było jak nóż. Bo nagle zrozumiałam, że oni mają gotową broń. Dziecko.

„Ja mu nic nie zabieram. Ja mu daję wszystko. A wy mi zabraliście pieniądze na leki” — wyszeptałam.

Ewa prychnęła.

„Znowu dramatyzujesz. W pracy też mam stres. A ty tylko narzekasz.”

Wtedy weszła Marta, moja młodsza córka. Z torbą z uczelni, zmęczona, ale czujna.

„Mamo, co się stało?” — zapytała.

Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na Pawła. Na swojego syna. Tego, którego kiedyś broniłam przed całym światem.

„Powiedz coś” — poprosiłam cicho.

Paweł spuścił wzrok.

„No… Ewa miała dostęp do konta, bo kiedyś prosiła, żebym jej pomógł z przelewem. Zostawiłem dane… Nie pomyślałem.”

„Nie pomyślałeś?” — Marta zrobiła krok do przodu. — „A jak mama ma żyć? Z czego?”

Ewa podniosła głos.

„Nie będziesz mnie pouczać, dziewczyno. Ja utrzymuję tę rodzinę!”

„A moja mama utrzymuje waszą wygodę” — odbiła Marta.

Olek stał w progu, trzymał misia i patrzył na nas wielkimi oczami.

„Babciu, nie krzyczcie…” — powiedział.

I wtedy pękłam. Nie w środku. Na zewnątrz.

„Dość” — powiedziałam. Krótko. Twardo.

Paweł uniósł głowę.

„Mamo, ale co ‘dość’?”

„Dość brania. Dość straszenia mnie Olkiem. Dość wmawiania mi, że jestem zła, bo chcę mieć na leki” — mówiłam szybko, jakby ktoś mi zabierał powietrze.

Ewa przewróciła oczami.

„I co zrobisz? Pójdziesz na policję? Babcia, która skarży własnego syna? Wstyd na całe osiedle.”

Słowo „wstyd” uderzyło mnie najmocniej. Bo w Polsce to działa jak kajdany. „Co ludzie powiedzą.” „Rodzina to rodzina.” „Nie wynoś brudów.”

Marta ścisnęła moją dłoń.

„Mamo, to nie ty powinnaś się wstydzić.”

Następnego dnia poszłam do banku. Zablokowałam dostęp. Zmieniłam wszystko. Potem poszłam do prawnika w przychodni, bo akurat była darmowa porada. Siedziałam na krześle, a w gardle miałam kamień.

Wieczorem Paweł zadzwonił.

„Mamo, Ewa płacze. Mówi, że ją niszczysz. Że chcesz nas rozbić.”

„Paweł… ja się już rozpadłam. Po cichu. Własnymi rękami was sklejałam” — odpowiedziałam.

„Oddamy, tylko… daj czas.”

„Czas miałeś. Miałeś mnie zapytać. Miałeś mnie obronić.”

Zapadła cisza. Taka, w której słychać wszystko.

Olek został u mnie jeszcze tydzień, bo nie miałam serca wyrzucić go z dnia na dzień. Pakowałam mu ubranka do plecaka, a on tulił mi szyję.

„Babciu, przyjdziesz do mnie?”

„Przyjdę” — skłamałam trochę, bo nie wiedziałam, jak będzie.

Kiedy Ewa przyszła po niego, stanęła w drzwiach i powiedziała cicho:

„Nie myśl, że ci to zapomnę.”

A ja odpowiedziałam równie cicho:

„A ty nie myśl, że ja zapomnę, jak mnie potraktowałaś.”

Dziś liczę pieniądze ostrożniej, ale bardziej liczę własne siły. Marta pomaga, jak może. Ja uczę się stawiać granice, choć wciąż drży mi głos, gdy mówię „nie”.

I tylko czasem, kiedy w nocy boli najbardziej, myślę: czy w Polsce matka zawsze ma być ostatnia w kolejce do własnego życia? Czy miłość do rodziny musi oznaczać zgodę na krzywdę?

Napiszcie… gdzie jest ta granica, której nie wolno przekroczyć, nawet „dla wnuka”?