„Jak wyjedziesz, to mnie dobijesz” — usłyszałam to od mamy i w jednej chwili mój plan ucieczki z życia, które mnie dusiło, zamienił się w koszmar
„To już sobie wszystko zaplanowałaś, tak?” — mama rzuciła to do mnie, zanim jeszcze zdjęłam buty.
Stała przy zlewie, ścierała ręce w ściereczkę i nawet się nie odwróciła. A ja miałam w torebce wydrukowaną umowę na pokój w Gdańsku i wiadomość od przyszłej szefowej z kawiarni przy dworcu, że mam dać znać do wieczora.
„Mamo, chciałam ci normalnie powiedzieć.”
„Normalnie? To jest normalnie? Wyprowadzasz się 400 kilometrów stąd i mówisz mi dwa dni przed?”
Od razu mnie ścięło. Bo tak, powiedziałam późno. Ale wiedziałam, że jak powiem wcześniej, to będzie dokładnie to samo, tylko dłużej.
Mieszkamy w Radomiu, na jednym osiedlu od zawsze. Ja mam 32 lata. Po rozwodzie wróciłam do mamy „na chwilę”, żeby stanąć na nogi. Ta chwila trwa już trzeci rok. Pracuję w drogerii w galerii, zmiany jakie są, takie są, człowiek wraca zmęczony, a i tak jeszcze zakupy, apteka, recepty, rachunki. Bo od dwóch lat praktycznie wszystko ogarniam przy mamie. Tata zmarł wcześniej, brat jest w Anglii i z jego „pomocy” najczęściej jest telefon raz na dwa tygodnie i tekst: „Daj znać, jak coś pilnego”.
Mama ma problemy z sercem, cukrzycę i ostatnio coraz gorsze nogi. Niby chodzi, niby sama zrobi herbatę, ale do lekarza, do ZUS-u, do przychodni, po leki — ja. Jak przychodzi pismo z administracji albo z banku — ja. Jak w nocy źle się poczuje — też ja.
I ja już po prostu nie mogłam. Wiem, jak to brzmi. Ale miałam wrażenie, że znikam. Praca, dom, mama, praca, dom, mama. Żadnego swojego życia. Żadnego planu. Tylko słyszałam: „Dobrze, że jesteś”.
W Gdańsku mieszka moja siostra cioteczna, napisała, że u nich w pracy szukają ludzi, potem znajoma powiedziała o tej kawiarni. Pokój tani nie był, ale do ogarnięcia. Pierwszy raz od dawna pomyślałam: może jeszcze coś ze mną będzie.
Mama odwróciła się i powiedziała: „Jak wyjedziesz, to mnie dobijesz”.
Mówię: „Nie mów tak”.
A ona: „A jak mam mówić? Mam cię jeszcze prosić na kolanach, żebyś matki nie zostawiała?”
I wtedy mnie zagotowało.
„Ja cię nie zostawiam, tylko chcę wreszcie żyć po swojemu! Ja nie jestem twoją pielęgniarką!”
Mama zbladła i usiadła ciężko na krześle.
„No tak. Czyli jestem ciężarem.”
„Nie o to chodzi.”
„Właśnie o to.”
I pewnie znowu skończyłoby się klasycznie, czyli moim płaczem i jej ciszą do wieczora, ale w tym momencie zadzwonił domofon. Przyszła sąsiadka z góry, ta, co czasem mamie przynosi chleb.
Popatrzyła na mnie, na mamę i mówi: „Powiedziałaś jej w końcu?”
Nie wiedziałam, o co chodzi. Mama od razu: „Nie wtrącaj się”.
A sąsiadka: „No ale ile można udawać?”.
I wtedy wyszło coś, po czym usiadłam, bo nogi mi się ugięły.
Mama od kilku miesięcy wiedziała, że może mieć przyznane miejsce w dziennym domu opieki na kilka godzin dziennie. MOPS jej to zaproponował po wywiadzie środowiskowym. Była też możliwość opiekunki z usług opiekuńczych, chociaż częściowo odpłatnie. Ale mama odmówiła. Beze mnie. Nawet mi nie powiedziała.
„Dlaczego?” — spytałam.
Mama milczała.
Sąsiadka powiedziała: „Bo uważa, że jak przyjdzie obca osoba, to ty już na pewno odejdziesz”.
Nie wiem, co mnie wtedy bardziej zabolało. To, że przede mną to ukryła, czy to, że ona naprawdę wolała, żebym została przy niej z poczucia obowiązku, niż żebym miała trochę oddechu.
Mama zaczęła płakać i mówi: „Bo jak ty wyjedziesz, to zostanę sama. Brat daleko, twoja ciotka schorowana, a ja nie dam rady. I co? Będę czekać, aż ktoś mi łaskawie pomoże?”
„Ale teraz też czekasz. Tylko na mnie.”
„Bo ty jesteś moja.”
To było straszne i strasznie prawdziwe. I od razu miałam wyrzuty sumienia, że ja w ogóle planowałam wyjazd po cichu, jak jakaś… nie wiem. Ale z drugiej strony poczułam też wściekłość, bo przecież ja nie jestem rzeczą.
Wieczorem zadzwonił brat. Widocznie sąsiadka do niego napisała.
„Nie możesz teraz wyjechać” — powiedział od razu.
„A ty możesz siedzieć za granicą siedem lat i mówić mi, co mogę?”
„Ja przynajmniej wysyłam pieniądze.”
No i tu był kolejny cios, bo wysyłał. Tylko ja o tym nie wiedziałam. Mama mi mówiła, że „czasem coś pożyczył”, a prawda była taka, że brat co miesiąc robił przelew na rachunki i leki. Nieduży, ale regularny. Nie mówiła mi, bo „nie chciała, żebym myślała, że sobie kupuje spokój”.
Pokłóciłam się z nim strasznie.
„To wróć i się nią zajmij.”
„Nie wrócę, bo mam tam rodzinę i robotę.”
„No właśnie. A ja niby nie mam prawa mieć swojego życia?”
On chwilę milczał i powiedział coś, czego się nie spodziewałam.
„Masz. Tylko ja też pamiętam, jak po rozwodzie siedziałaś pół roku i nie wstawałaś z łóżka. Kto wtedy z tobą był? Mama. I może ona się teraz po prostu boi, że jak ciebie puści, to już zostanie z niczym.”
Zatkało mnie. Bo to też była prawda. Mama mnie wtedy wyciągnęła. Karmiła mnie zupą, załatwiała psychologa na NFZ, chodziła ze mną na spacery, żebym w ogóle wyszła z domu. Tylko że przecież to nie znaczy, że teraz mam oddać całe swoje życie.
Następnego dnia pojechałam z mamą do MOPS-u. Całą drogę się do siebie prawie nie odzywałyśmy. Pani w okienku, bardzo konkretna, wszystko nam rozpisała: usługi opiekuńcze, dzienny dom, pielęgniarka środowiskowa, nawet pomoc w zrobieniu wniosku o dodatek i rehabilitację. Dało się. Naprawdę się dało, tylko trzeba było chcieć przyznać, że same już nie ogarniamy.
Mama przy mnie powiedziała cicho: „Nie chciałam obcych ludzi w domu”.
A potem jeszcze ciszej: „I bałam się, że jak ci zrobię miejsce do odejścia, to ty od razu odejdziesz”.
Nie odpowiedziałam od razu. Bo co miałam powiedzieć? Że dokładnie to planowałam?
Ostatecznie nie wyjechałam wtedy do Gdańska. Straciłam tamtą pracę i ten pokój. Zostałam jeszcze na razie, ale już nie tak jak wcześniej. Złożyłyśmy papiery, przyszła opiekunka dwa razy w tygodniu, mama zaczęła jeździć do dziennego domu opieki, marudzi, ale jeździ. Ja zmieniłam pracę na lepszą, w sklepie medycznym bliżej domu. Odkładam pieniądze i dalej myślę o wyprowadzce, może nie tak daleko, może do Warszawy, może chociaż do swojego wynajętego pokoju tutaj.
Tylko teraz mam w głowie to jej: „Bo ty jesteś moja” i sama nie wiem, gdzie kończy się wdzięczność, a zaczyna życie na cudzym strachu.
Naprawdę nie wiem, czy byłam egoistką, czy po prostu za późno zrozumiałam, że jak człowiek ciągle rezygnuje z siebie, to potem już nie umie normalnie oddychać. Wy na moim miejscu wyjechalibyście wtedy, czy zostali tak jak ja?