„To już nie jesteś rodziną?” Mama rozpłakała się przy moich dzieciach, kiedy powiedziałam, że nie dam im więcej pieniędzy
– Czy ty serio chcesz, żebym poszła do MOPS-u jak jakaś żebraczka? – mama stała w mojej kuchni i mówiła to takim głosem, że aż córka przestała jeść płatki.
A siostra od razu: – No tak, bo dla swoich dzieci to masz wszystko, a dla własnej matki już nie.
I wtedy mnie normalnie ścięło. Bo to nie było tak, że ja im raz odmówiłam po latach niepomagania. Ja pomagałam cały czas. Przelewy, zakupy z Biedronki, opłacanie rachunków, zawiezienie mamy do przychodni, odbieranie recept, pożyczki „na chwilę”, które nigdy nie wracały. Jak siostrze brakowało na czynsz, to dawałam. Jak mama mówiła, że nie starczy jej do emerytury, to dawałam. Jak zepsuła się lodówka, to brałam na raty na siebie, bo „ona nie ma zdolności”.
Mąż już od miesięcy mówił:
– To nie jest pomoc, tylko utrzymywanie dwóch dorosłych osób.
Wkurzało mnie to, bo przecież to moja mama i siostra. Jak miałam nie pomóc? Mama ma niską emeryturę, to fakt. Siostra pracowała dorywczo, raz w sklepie, raz na rejestracji w prywatnym gabinecie, ale ciągle coś. A to umowa zlecenie, a to jej nie przedłużyli, a to kręgosłup, a to depresja. I ja to wszystko rozumiałam… albo chciałam rozumieć.
Tylko że u nas w domu też nie było lekko. Kredyt na mieszkanie, syn aparat ortodontyczny, córka angielski, mąż po cięciach w firmie miał mniej nadgodzin. Ja pracuję w biurze rachunkowym, żadnych kokosów. Zaczęłam kombinować, z czego odjąć, żeby starczyło wszystkim. Sobie nic nie kupowałam, dzieciom mówiłam, że „w przyszłym miesiącu”, z mężem kłóciliśmy się o byle paragon z Rossmanna.
Najgorsze było to, że mama i siostra przestały już nawet prosić. One informowały.
– Trzeba opłacić gaz.
– Przydałoby się zrobić większe zakupy.
– Nie mam na leki.
– Pożycz mi tysiąc do piątku.
Do piątku oczywiście nigdy nie wracało.
Pękłam, jak syn powiedział:
– Mamo, my nie pojedziemy nigdzie w wakacje trzeci rok z rzędu, bo babcia z ciocią znowu nie mają?
I ja mu nawet nie umiałam odpowiedzieć. Bo co miałam powiedzieć? Że tak?
Parę dni później poszłam do Ośrodka Pomocy Społecznej, ale nie dla mamy – dla siebie, po poradę. Czułam się głupio, jakbym donosiła na własną rodzinę. Tam kobieta wszystko spokojnie mi wytłumaczyła. Jakie świadczenia mama może sprawdzić, gdzie siostra może się zgłosić po aktywizację, że są dodatki mieszkaniowe, że można iść do PCPR zapytać o wsparcie, że są darmowe porady, programy, nawet pomoc psychologiczna na NFZ, tylko trzeba chcieć coś załatwić.
Wyszłam stamtąd i pierwszy raz pomyślałam, że może ja im wcale nie pomagam. Może ja tylko robię za poduszkę, żeby nic nie musiały zmieniać.
Usiedliśmy z mężem wieczorem i powiedziałam:
– Dobra. Koniec z dawaniem gotówki.
– Na pewno? – zapytał.
– Nie wiem, ale jak tak dalej pójdzie, to rozwalimy własny dom.
Następnego dnia pojechałam do mamy. Siostra też była. Powiedziałam normalnie, bez krzyku:
– Od przyszłego miesiąca nie będę wam dawać pieniędzy. Mogę pomóc załatwić wnioski, zawieźć do urzędu, zrobić listę wydatków, ale przelewów już nie będzie.
Mama od razu w płacz.
– Czyli mam wybierać między lekami a jedzeniem?
Siostra zaczęła podnosić głos:
– Świetnie, wszystko na nas zrzucasz. Nagle jesteś taka mądra, bo mąż ci nagadał.
To mnie zabolało, bo trochę było w tym prawdy. Gdyby nie mąż, pewnie dalej bym ciągnęła.
Ale wtedy wyszło coś, czego się nie spodziewałam. Zadzwonił telefon mamy, leżał na stole. Ekran się podświetlił i zobaczyłam powiadomienie z banku o lokacie. Nie chciałam patrzeć, serio, ale rzuciło mi się w oczy. Zapytałam:
– Jaka lokata?
Mama od razu schowała telefon.
– To nie twoja sprawa.
I zrobiła się taka cisza, że aż siostra spuściła wzrok. Po chwili zaczęłam dopytywać, już nie spokojnie. W końcu wyszło, że po śmierci taty mama dostała trochę pieniędzy z polisy. Niedużo, ale też nie jakieś grosze. I zamiast powiedzieć, że je ma, trzymała je „na czarną godzinę”.
– To co to, przepraszam, było przez ostatni rok? – zapytałam. – Ja wam dawałam z pensji, dzieciom odmawiałam rzeczy, a ty miałaś oszczędności?
Mama zaczęła się tłumaczyć:
– Bo bałam się, że jak ruszę, to potem już nic nie będę miała. A ty sobie radzisz. Zawsze sobie radziłaś.
I to „ty sobie radzisz” mnie rozwaliło bardziej niż ta lokata.
Siostra wtedy też wypaliła:
– Mama odkładała też trochę dla mnie, żebym mogła wynająć coś swojego, jak już stanę na nogi.
Myślałam, że wyjdę z siebie. Bo ja przez półtora roku finansowałam ich „przeczekanie”, a one sobie planowały z moją pomocą bezpieczeństwo. Niby rozumiałam strach mamy. Niby wiedziałam, że siostra serio miała gorszy czas. Ale poczułam się po prostu wykorzystana.
Wrzasnęłam, że skoro mają plan i pieniądze, to super, niech zaczną z tego korzystać. Mama się popłakała jeszcze bardziej, siostra powiedziała, że jestem bez serca. Wyszłam.
Przez dwa tygodnie cisza. Potem zadzwoniła siostra, już spokojniej.
– Byłam w urzędzie pracy.
– I?
– Mam szkolenie i może będzie etat w rejestracji w przychodni. Mama złożyła wniosek o dodatek mieszkaniowy. Ale mogłaś nie robić z nas oszustek.
No i właśnie tu jest ten problem, bo ja do dziś nie wiem, czy przesadziłam. Bo z jednej strony one naprawdę były zależne ode mnie i trzeba było to uciąć. Z drugiej – mama jest starsza, przestraszona, po śmierci taty bardzo się posypała, a siostra chyba serio długo nie mogła się pozbierać. Tylko że ja też mam rodzinę. I moje dzieci nie są mniej ważne niż moja mama i siostra.
Teraz pomagam inaczej. Zawiozłam mamę do ZUS-u, pomogłam siostrze zrobić CV, ale pieniędzy już nie daję. Mama dalej czasem rzuci tekstem, że „kiedyś rodzina była rodziną”, a mnie wtedy aż ściska. Mąż mówi, że wreszcie zrobiłam to, co trzeba. Ja sama raz tak myślę, raz inaczej.
Chyba dopiero teraz widzę, że przyzwyczaiłam wszystkich, że zawsze uratuję sytuację. Sama ich tego nauczyłam. Tylko czy można mieć o to pretensje do nich, skoro tak długo na to pozwalałam? Co wy byście zrobili na moim miejscu?