Pomagałem bratu przy remoncie, choć mnie zawsze zostawiał samego. Dopiero awantura w kuchni wszystko rozwaliła
– Serio teraz wychodzisz? Zostawisz mnie z tym samą? – usłyszałem od Moniki, kiedy już wiązałem buty w przedpokoju.
Spojrzałem na nią, potem na zegarek. Sobota, ósma rano. Znowu miałem jechać do Kamila malować sufit w jego mieszkaniu po babci, tym w wielkiej płycie na czwartym piętrze bez windy. A u nas od tygodnia stały nierozpakowane kartony po przeprowadzce i pismo z urzędu gminy, którego dalej nie ogarnąłem, bo ciągle „nie miałem kiedy”.
– Obiecałem mu – mruknąłem.
Monika się zaśmiała, ale tak gorzko, że aż mnie ścisnęło.
– Tak. Jemu zawsze obiecujesz. Mnie obiecałeś, że w sobotę skręcimy dzieciom biurka.
I to był ten moment, kiedy poczułem wkurzenie, ale nie na nią. Na siebie.
Bo prawda była taka, że Kamil od miesięcy dzwonił tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebował. A ja leciałem jak pies. Farba, gładź, panele, wyniesienie starych mebli, zawiezienie papierów do spółdzielni, odbiór drzwi od stolarza. Wszystko. Bo „rodzina”. Bo mama zawsze mówiła, że bracia muszą się trzymać.
Tylko jakoś dziwnie to działało w jedną stronę.
Dwa lata temu, kiedy braliśmy z Moniką kredyt hipoteczny i lataliśmy między bankiem, notariuszem a deweloperem, prosiłem Kamila, żeby pojechał ze mną do starostwa po jakieś dokumenty, bo ja byłem wtedy w pracy, a terminy goniły.
– Stary, nie dam rady, mam swoje sprawy – powiedział.
Miesiąc później potrzebowałem pomocy przy przeprowadzce. Nie jakiejś wielkiej. Dwie godziny noszenia pudeł i pralki.
– Kręgosłup mnie napiernicza, serio – odpisał.
A tydzień później widziałem na fejsie, jak taszczy z kumplami grilla na działkę.
Wiedziałem. Widziałem. I nic nie powiedziałem.
Bo mi było głupio robić aferę. Bo tata całe życie powtarzał, że chłopaki mają nie skomleć, tylko robić swoje. Bo Kamil był młodszy i zawsze trochę „mniej ogarnięty”, więc w rodzinie przyjęło się, że jemu trzeba odpuścić. A ja? Ja byłem ten odpowiedzialny. Ten, co ogarnie. No to ogarniałem, aż mnie zaczęło od środka szarpać.
Tamtej soboty pojechałem jednak do niego. Już od wejścia mnie trafiło. Syf, kubki po kawie na parapecie, pizza z wczoraj na blacie, a on siedzi na wiaderku po farbie i przegląda telefon.
– Dobra, to ty zagruntujesz mały pokój, a potem trzeba jeszcze skoczyć po listwy – rzucił, nawet na mnie porządnie nie patrząc.
– Cześć też można powiedzieć – odpowiedziałem.
Podniósł wzrok i wzruszył ramionami.
– No cześć. To co, działamy? Bo chcę się wyrobić przed komunią u ciotki.
Nie wiem, czemu akurat to mnie odpaliło. Może przez ten ton. Może przez to, że nawet nie zapytał, czy mam czas, czy coś u mnie. Jakby było oczywiste, że przyjadę i będę robił.
Malowałem może z dwadzieścia minut. W ciszy. Słyszałem tylko radio z kuchni i szuranie drabiny. W końcu powiedziałem:
– Kamil, a ty pamiętasz, że jak ja się przeprowadzałem, to nie miałeś czasu nawet przytrzymać mi drzwi od klatki?
Zastygł.
– O co ci chodzi teraz?
– O to, że jak ty dzwonisz, to ja jestem. A jak ja potrzebuję czegoś od ciebie, to nagle cię boli kręgosłup, masz robotę albo znikasz.
Prychnął.
– Serio będziemy liczyć przysługi? Jesteś moim bratem, czy księgową?
– Nie, ale nie jestem też darmową ekipą remontową.
Odłożył telefon tak mocno, że aż stuknął o parapet.
– To po co przyjechałeś, skoro taki masz ból dupy?
Zrobiło mi się gorąco. Normalnie aż mi ręce zadrżały.
– Bo od lat mnie uczono, że mam zapierdalać dla wszystkich i się nie odzywać. I jeszcze udawać, że wszystko jest okej.
– Nikt cię nie zmuszał.
I to było najgorsze, bo formalnie miał rację. Nikt mnie nie zmuszał. Sam się w to pakowałem. Sam chciałem być tym porządnym, żeby nikt nie powiedział, że się od rodziny odwróciłem.
Usiadłem na worku z gipsem i nagle całe to napięcie ze mnie zeszło, tylko nie tak spokojnie, bardziej jak po pęknięciu.
– Wiesz co? Już nie będę tak wpadał na każde twoje zawołanie. Jak będę mógł, to pomogę. Jak nie, to nie. I jak coś jest do zrobienia, to mów normalnie, a nie stawiasz mnie przed faktem dokonanym.
Kamil długo nic nie mówił. Chodził po pokoju, kopał zwiniętą folię malarską, w końcu stanął przy oknie.
– Myślałem, że dla ciebie to żaden problem – powiedział ciszej. – Ty zawsze wszystko ogarniasz.
– No właśnie. I wszyscy się do tego przyzwyczaili.
Odwrócił się do mnie i pierwszy raz od dawna wyglądał nie na bezczelnego, tylko po prostu głupio zawstydzonego.
– Dobra. Spieprzyłem to. Ale też… trochę miałem w głowie, że ty zawsze mnie oceniasz. Jak czegoś nie zrobię idealnie, to zaraz masz minę.
Zatkało mnie, bo coś w tym było. Nie darłem się, nie wypominałem, ale potrafiłem jednym spojrzeniem dać człowiekowi poczuć, że jest gorszy. Może dlatego łatwiej mu było się wycofać, niż przyznać, że czegoś nie umie albo że mu się po prostu nie chce.
Nie pogodziliśmy się jak w filmie. Nie rzuciliśmy się sobie w ramiona. Dokończyłem tylko ten jeden pokój i pojechałem do domu.
Przez dwa miesiące prawie się nie odzywaliśmy. Mama oczywiście od razu wyczuła, że coś jest nie tak, ale obaj mówiliśmy, że „wszystko w porządku”, bo przecież po co rodzinie dawać temat do gadania.
Potem Kamil zadzwonił. Pierwszy raz nie po pomoc.
– Masz chwilę na kawę?
Poszedłem. Usiadł naprzeciwko mnie w osiedlowej kawiarni i powiedział, że jest zły, ale rozumie. Że czuł się przy mnie jak ten gorszy brat od wszystkiego na pół gwizdka. A ja powiedziałem mu, że może i bywam wyniosły, ale to nie daje prawa brać mnie za pewniaka od roboty i załatwiania spraw.
Teraz jest chłodniej niż kiedyś, to prawda. Mniej udajemy. Jak prosi o pomoc, to pytam: w czym konkretnie, kiedy i na ile. Jak nie mogę, to mówię nie. On też parę razy sam się odezwał, nawet przywiózł nam komodę z OLX i posiedział z dziećmi, kiedy Monika była u lekarza.
Niby małe rzeczy. Ale pierwszy raz nie czuję, że jestem używany.
Tylko czasem się zastanawiam, czy naprawdę trzeba było aż takiej awantury, żeby brat w ogóle mnie usłyszał.
I czy ja wcześniej pomagałem z serca, czy bardziej ze strachu, że jak odmówię, to wyjdę na tego najgorszego?