Spakowałam dzieci i wyjechałam, bo we własnym domu byłam już tylko służącą. Dopiero wtedy mąż przestał mówić, że jego mama „chce dobrze”
Wyciągnęłam z kosza zeszyt Hani, cały mokry od fusów. Między sklejonymi kartkami był rysunek naszej rodziny. Siedmioletnia córka stała obok mnie i patrzyła, jak próbuję osuszyć papier ręcznikiem kuchennym.
— Babcia powiedziała, że tu się uczy, a nie bazgrze — szepnęła.
Z salonu dobiegł głos teściowej:
— Nie rób z tego tragedii, Aneta. Kupi się nowy.
Spojrzałam na Piotra. Siedział przy stole z telefonem.
— Mama nie wiedziała, że to ważne — powiedział, nawet nie wstając.
Właśnie wtedy poczułam, że jeśli jeszcze raz usłyszę, że przesadzam, naprawdę zacznę krzyczeć.
Zofia przyjechała do nas po operacji biodra. Miała zostać sześć tygodni, aż będzie mogła bezpiecznie wrócić do swojego mieszkania. Oddaliśmy jej naszą sypialnię. Piotr i ja spaliśmy na rozkładanej kanapie, która każdej nocy zapadała się po mojej stronie.
Minęły prawie trzy miesiące.
Teściowa chodziła już samodzielnie do sklepu, ale na pytanie o powrót odpowiadała, że u siebie będzie jej smutno. Piotr natychmiast zmieniał temat.
Początkowo naprawdę chciałam jej pomóc. Gotowałam lżej, woziłam na rehabilitację, odbierałam recepty. Pracowałam w księgowości, część dni z domu. Zofia uznała więc, że właściwie cały dzień mam wolny.
— Pranie mogłabyś nastawić, skoro tylko siedzisz przy komputerze.
Potem były uwagi o zupie, o kurzu, o tym, że czteroletni Wojtek za długo nosi pieluchę w nocy. Przy dzieciach mówiła, że mamusia lubi wygodę. Przy Piotrze pytała, czy naprawdę potrzebuję nowego płaszcza.
Płaszcz kupiłam używany. Stary rozszedł się pod pachą.
— Mama po prostu chce pomóc — powtarzał mąż. — Nie bierz wszystkiego do siebie.
Próbowałam rozmawiać wieczorami. Mówiłam, że jestem zmęczona, że potrzebuję naszej sypialni, że dzieci zaczynają pytać babcię o zgodę, kiedy ja już czegoś zabroniłam.
— Jeszcze trochę. Po co ją teraz denerwować?
Nas można było denerwować bez końca.
Tydzień przed tym zeszytem dowiedziałam się, że Piotr dał matce pieniądze odłożone na nasz urlop. Chciała zamówić prywatnie dodatkowe zabiegi. Nie miałam pretensji o rehabilitację. Miałam o to, że o wspólnych oszczędnościach dowiedziałam się przy obiedzie, kiedy podziękowała mu za przelew.
— Przecież i tak nigdzie nie pojedziemy w tym roku — rzucił.
Nawet nie zapytał.
Po wyrzuceniu zeszytu zaniosłam go do łazienki. Rozłożyłam kartki na pralce. Hania została przy drzwiach.
— Mamo, ty się boisz babci?
Usiadłam na zamkniętej toalecie. Nie umiałam od razu odpowiedzieć.
Tej nocy zadzwoniłam do rodziców. Mama powiedziała tylko:
— Pościel jest czysta. Przyjeżdżajcie.
Rano spakowałam dwie torby. Ubrania dzieci, leki Wojtka, dokumenty i służbowy komputer. Piotr stanął w przedpokoju dopiero wtedy, gdy usłyszał zamek walizki.
— Naprawdę robisz przedstawienie przy dzieciach?
— Nie. Wyjeżdżam, zanim całkiem przestanę nad sobą panować.
Zofia wyszła z kuchni z kubkiem.
— Przez kilka uwag rozbijasz rodzinę?
Ręce mi drżały, więc położyłam klucze na szafce.
— Od kilku tygodni proszę, żeby traktowano mnie tu poważnie. Nie będę już prosić przy dzieciach.
Powiedziałam Piotrowi, gdzie będziemy. Dodałam, że może widywać dzieci, ale nie przyjadę wieczorem tylko dlatego, że ochłonie.
U rodziców rozpłakałam się nad talerzem pomidorowej. Tata bez słowa ukroił dzieciom chleb. Nikt nie zapytał, dlaczego nie ugotowałam sama.
Pierwszego wieczoru Piotr wysłał mi wiadomość, że jego mama płacze. Odpisałam: „Ja płakałam obok ciebie. Pamiętasz?”.
Nie odpisał aż do rana.
Przyjechał w sobotę. Zabrał dzieci na plac zabaw, a potem poprosił o rozmowę. Siedzieliśmy w kuchni rodziców, każde po innej stronie stołu.
— Hania zapytała mnie, czy babcia wyrzuci też jej zabawki — powiedział. — Powiedziałem, że nie pozwolę. A ona zapytała, dlaczego pozwoliłem wyrzucić zeszyt.
Patrzył w blat.
— Chciałem mieć spokój. Ty zawsze jakoś dawałaś radę.
— Nie dawałam. Tylko robiłam wszystko dalej.
Nie wróciłam z nim tego dnia.
W następnym tygodniu odwiózł matkę do jej mieszkania. Ustalił z nią pomoc w zakupach i dojazdach. Powiedział też, że wizyty u nas musimy uzgadniać oboje, a podważanie mnie przy dzieciach będzie oznaczało koniec odwiedzin.
Obraziła się. Nazwała go niewdzięcznym. Tym razem nie poprosił mnie, żebym dla świętego spokoju przeprosiła.
Wróciłam po trzech tygodniach, nie po obietnicy, tylko po kilku trudnych rozmowach. Zapisaliśmy się na terapię małżeńską. Zofia nadal uważa, że przesadziłam, a ja nadal czasem czekam, aż Piotr znów mnie uciszy.
Czy naprawdę musiałam odejść, żeby mąż wreszcie usłyszał, co mówiłam, stojąc tuż obok niego?